• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część II-ga
 

"Życie Łemka" - Fedor Gocz

Od dawna nosiłem się z myślą napisania, chociażby w skrócie, czegoś w rodzaju autobiografii, która byłaby podobna do życiowych dróg innych Łemków mojego pokolenia, mieszkańców Karpat. Los Łemków, tych żyjących w Karpatach i tych porozrzucanych po całym świecie, był i jest smutny i tragiczny. Największa tragedia dokonała się w Polsce po drugiej wojnie światowej.
Od tamtego strasznego roku, kiedy rozpoczęto dzieło zniszczenia nas samych i naszej kultury, upłynęło już ponad 50 lat - to smutny jubileusz początku końca naszego istnienia w Karpatach na Łemkowszczyźnie. Rok 1947 był bowiem rokiem, w którym miało tutaj przestać istnieć wszystko co nie polskie. Było to dla Łemków poniekąd uwieńczenie dzieła rozpoczętego przez Niemcy hitlerowskie w momencie agresji na Polskę w 1939 r.
Lata hitlerowskiej okupacji nie wróżyły jeszcze naszej tragedii tuż po "zwycięstwie" i rozbiciu niemieckiej potęgi militarnej.
Porozumienie o dobrowolnym przesiedleniu na wschód zostało podpisane między Związkiem Radzieckim a Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego już w 1944 r. Jednak Łemkowie do końca nie wierzyli, że będą ich wyganiać z ojczystej ziemi, z rodzinnych domów na wschód i na zachód pod eskortą wojska. Jednakże taka była wola i rozkazy ówczesnych stalinowskich władz, Polska z kolei, niezależnie od ustroju, bez protestów tę wolę wypełniała z przyczyn znanych nie tylko historykom. Światu natomiast podano preteksty i zafałszowaną historię.
Pisząc te wspomnienia korzystam z notatek, które powstały w różnych okresach mego życia, widzę jednak teraz, że jest ich stanowczo za mało, a wiele faktów umknęło z pamięci. Przepraszam Czytelników, którzy odniosą wrażenie, że w niektórych miejscach czegoś brakuje.
Wielu moich przyjaciół, kolegów i działaczy nie zna faktów z mojego życia, nikomu nie wspominałem o swoich cierpieniach z okresu młodości. Nie mogłem, - opuszczając więzienne mury zostałem poinstruowany, że w przypadku zdradzenia komukolwiek zakazanych informacji, wydam na siebie wyrok.
Przyszedł jednak czas, żeby wszystkie życiowe tajemnice odkryć i powiedzieć prawdę o tym, jakie niedole, zgryzoty i cierpienia przeżywałem ja sam, moja rodzina i ziomkowie.
Dedykuję te wspomnienia członkom mojej rodziny: tym najstarszym, synom, wnukom oraz mieszkańcom Zyndranowej i wszystkim Łemkom żyjącym tu w Polsce i poza jej granicami.

Fedor Gocz



CZĘŚĆ II



Wojna 1939 r.

Kiedy rozpoczynała się wojna i Niemcy napadły na Polskę, miałem 10 lat i niezbyt dobrze rozumiałem co oznacza słowo wojna. Nieraz pradziad Kukieła, kiedy chodziłem z nim paść krowy, opowiadał o I wojnie światowej i o tym jak młodych chłopców powoływali do armii austriackiej w 1914 roku. Mówił jak Austriacy i Węgrzy zajęli wioskę a potem weszli kozacy rosyjska piechota, o tym jak Węgrzy spalili pół wsi i uciekali przed szturmem Rosjan.
Natomiast dziadek Macek - tato mamy - opowiadał jak wzięli go do wojska, szkolili i posłali na front, jak leżał w środku zimy w okopach pod Budapesztem, mówił o tym, że Czesi, Słowacy, Rusini i Serbowie nie chcieli strzelać do Rosjan, więc wyjmowali z kule z naboi i zapychali je papierem albo grochem. Wspominał Boże Narodzenie, kiedy wyszli z okopów i oddali się w niewolę Rosjanom, którzy nie mogli zrozumieć, że w austriackiej armii służą żołnierze o takich imionach jak Mychajło czy Nykołaj. Mówił dziadek, że w niewoli traktowano ich dobrze, nawet oddzielono ich od pozostałych jeńców (Niemców, Węgrów i Austriaków). Zostali przydzieleni do pracy w gospodarstwach i fabrykach. Zapamiętał też dziadek rewolucję, kiedy raz po raz przychodzili po nich albo czerwoni bolszewicy albo białogwardziści. W każdym razie udało mu się szczęśliwie wrócić do domu. Zapytałem kiedyś dziadka dlaczego nie pali papierosów, tylko żuje tytoń w ustach, jak cukierki. "Oj dziecko - powiada - to z czasów wojny zostało, bo w okopach nie wolno było używać ognia, a palić się chciało, tośmy papierosy żuli i tak mi już zostało".
Nasz sąsiad Wanio Wojcio też był na wojnie tyle że na froncie włoskim i opowiadał jak zachorował na malarię i o tym jak ta choroba dziesiątkowała wojsko w tamtych czasach. On przeżył i wrócił cały i zdrowy ale było wielu młodych Łemków, którzy albo nie wrócili albo zostali kalekami jak Jakow Szymko, który po wojnie otrzymał odszkodowanie w wysokości 120 zł czyli równowartości dobrej krowy.
Wszystkie te opowieści pradziadka, dziadka i innych frontowców przyjmowałem, jak to chłopiec, dość lekkomyślnie, przecież oni przeżyli i wrócili, a że nie wszystkim się udało...
Między Tylawą a Zyndranową w lesie pod "Tylawskim Diłem" pradziadek pisarz pokazywał mi mogiłę austriackiego żołnierza, który leży tam od czasu szturmu. Grób był oprawiony, chociaż bez krzyża. Próbowałem odnaleźć to miejsce ale bezskutecznie, zarosło lasem a ziemia się wyrównała.
Kiedy zaczęła się wojna 1939 roku, pamiętam że z sąsiedztwa wzięli Sztefana Fedosza, Mychała Chomiaka, Wasyla Łazorczyka, razem 35 młodych mężczyzn z całej wioski. We wsi stacjonowało już wtedy wojsko polskie tzw. "Obrona Narodowa", które kopało okopy i przygotowywało pasy obronne. Z 7-go na 8-go września w nocy żołnierze wyszli ze wsi.
Pierwszego września 1939 roku od czechosłowackiej granicy nadleciało mnóstwo czarnego ptactwa, które obsiadło popowe pole pod "Kyczerą Telepkowską". Ludzie, którzy to widzieli, wróżyli, że z tego nie może być nic dobrego. Pradziadek wyjaśniał, że to znak przed wojną i że wojna przyjdzie z tej samej strony, z której nadleciały czarne ptaki - kruki.
Ósmego września pradziadek zabrał mnie z sobą paść krowy na "Popajliw Diw" od strony Daliowej. Nie mieliśmy zegarka ale słońce już dobrze świeciło, kiedy od strony granicy nadleciał samolot, który poleciał na północ w kierunku Dukli. Wkrótce potem usłyszeliśmy stamtąd coś jakby odgłosy wystrzałów armatnich. Zaraz potem od strony Barwinka nadjechał motocykl z trzema żołnierzami w popielatych mundurach w hełmach, z przodu wystawała lufa karabinu. Kiedy motocykl zatrzymał się na krzyżówce do Barwinka, pradziadek powiedział, że to Niemcy; wtedy widziałem ich po raz pierwszy w życiu. Dzisiaj wiem, że to był zwiad. Samoloty leciały dalej a od strony Barwinka było słychać hałas dział i niemieckich czołgów.
Nad Duklą widać było kłęby dymu. Jak się później dowiedzieliśmy, Niemcy zbombardowali fabrykę obuwia gumowego w Krośnie a wiatr przygnał dym aż w góry. Tak rozpoczął się pierwszy dzień niemieckiej okupacji na Dukielszczyźnie i mojej rodzinnej wsi.
Jeszcze przed wybuchem wojny kilku młodych mężczyzn ze wsi, tj. mój wujek Petro Macek i jego koledzy Hryc Czomko i Wasyl Szyjka uciekli do Związku Radzieckiego w nadziei, że schronią się przed wojną i lżej im tam będzie żyć. Ich losy potoczyły się jednak w sposób smutny i tragiczny.
Dla niektórych - jak na przykład Mychał Chomiak - wojowanie skończyło się bardzo szybko. Jako saper w wojsku polskim miał za zadanie wysadzić most w Tylawie. Po wykonaniu zadania saperzy uciekli w kierunku Dukli. Chomiak przenocował u obcych ludzi, którzy dali mu cywilne ubranie żeby mógł wrócić do wsi. Niemcy wprawdzie szukali tych co wysadzili most, Chomiak jednak został w międzyczasie wzięty na przymusowe roboty do Niemiec i w ten sposób ocalał.
Ja byłem już starszy i pracowałem jako prawdziwy pastuch a to wcale nie było takie łatwe. Rano, kiedy jeszcze muchy nie dokuczały bydłu, trzeba je było gnać na pastwisko prawie 3 km - oczywiście boso. Ubrać się też nie było w co, zgrzebny materiał kaleczył ciało. Całe szczęście, że przynajmniej było co jeść. Nie były to przysmaki ale z rana zawsze był chleb z mlekiem, czasami masło z serem. Na południe najczęściej były ziemniaki z mlekiem, czasami pierogi z kapustą i serem albo ziemniakami i serem.
W dni nauki szkolnej trzeba było iść z bydłem na pastwisko i wrócić na godzinę 8-mą do szkoły. Dużo łatwiej było zimą bo bydło karmiło się w stajni.
Był taki rodzinny plan, że tata zabierze żonę i dwóch synków za ocean. Jednak Europę ogarnęła wojna i nasz wyjazd trzeba było odłożyć na później albo nawet nigdy. W dodatku wszyscy wiedzieli, że w dalekim świecie mężczyźni często szukali sobie nowych towarzyszek życia, natomiast opuszczone kobiety, nie widząc sensu w dalszym czekaniu też próbowały sobie ułożyć życie.
W 1942 roku skończyłem 7 lat nauki i tzw. cztery klasy wiejskiej szkoły, co w sumie dawało 7 klas. Po napaści Niemiec na Związek Radziecki jesienią 1941 roku aresztowano nauczycieli i chociaż po roku czasu zwolniono ich z aresztu, do wioski już nie mogli wrócić. Na ich miejsce władze oświatowe przydzieliły nowych nauczycieli: Sołoguba - nauczyciela i Palicę - nauczycielkę ze Słowacji. Mieli za zadanie uczyć m.in. języka niemieckiego i ukraińskiego, natomiast całkiem zaprzestano nauczania języka polskiego. Nie pamiętam już ich imion. Uczyli z innych książek i mieli zupełnie inne programy nauczania.
W tym czasie w Dukli została zorganizowana 7-klasowa ukraińska szkoła a konkretnie 3 klasy: 5-ta, 6-ta i 7-ma. Od nas ze wsi skierowano do tej szkoły Mykułę Jabczankę - starszego ode mnie o 3 lata. Razem z nim poszedł do szkoły w Dukli Nykołaj Kolasa, syn księdza. Ksiądz miał jeszcze jednego syna Rodia, ale z żadnym z nich nie uczyłem się w Zyndranowej w jednej klasie ponieważ Mykołaj był ode mnie starszy o rok a Rodio młodszy o dwa lata.
Obaj z bratem Waniem należeliśmy do najlepszych uczniów co było głownie wynikiem tego, że pilnowaliśmy nauki. Takie było zresztą pragnienie naszej mamy, pradziadka pisarza i całej rodziny. Koledzy przezywali nas "Pysaryky", ludzie mówili "do Pysaria", chociaż pradziadek już dawno nie pełnił swojej funkcji od czasu powołania we wsiach sołectw.
Zdaje się, że to ksiądz Kolasa wraz z nauczycielami namówili mamę żeby dała nas do szkoły w Dukli, twierdząc, że w domu się zmarnujemy a tam zdobędziemy nieco wiedzy. Pradziadek i reszta rodziny poparła ten pomysł więc już w trakcie wakacji mama szykowała dla nas ubrania żebyśmy porządnie wyglądali było nie było w szkole w mieście. W ten to sposób od 1 września 1942 roku staliśmy się uczniami piątej klasy dukielskiej szkoły. Razem było nas w klasie ponad 30 uczniów - większość to byli starsi od nas chłopcy. W całej szkole, w 3 klasach uczyło się około 100 uczniów.
Nasza szkoła mieściła się w budynku dawnej polskiej szkoły na południe od centrum miasteczka po lewej stronie drogi do Barwinka, natomiast bursa w której mieszkaliśmy znajdowała się w samym środku miasta. Zdecydowaną większość uczniów stanowili chłopcy. Razem z nami w klasie był Rodio. Po dwóch miesiącach nauki nauczyciele za zgodą mamy przenieśli mnie do klasy szóstej, twierdząc, że powinienem siebie poradzić i że szkoda zmarnować cały rok. Brat Wanio i Rodio nadal uczyli się w klasie piątej. W klasie szóstej spotkałem Mykułę Jabczankę i innych starszych ode mnie uczniów: Mychała Moriaka z Olchowca, Leszka Sydoryka z Mszany, Sztefana Szeruda z Krempnej, Anastazję Fedak z Ropianki, Anastazję Wanat z Barwinka, Kityka i Beskydniaka z Myscowej, Frycza, Peteńka i Senia z Zawadki Rymanowskiej, Petrończaka z Trzciany. Moi najbliżsi rówieśnicy z tamtych czas ów to: Hryc Kukulak i Wanio Hulyk z Trzcianej, Anna Myszkowska i Wołodymyr Ardan z Polan, Patronyk - syn nauczyciela z Tylawy. Nie pamiętam wszystkich, ale chciałbym jeszcze przypomnieć Mychała Chudyka ze Smerecznego, który mieszkał u dziadka we młynie, Wania Fedaka - syna krawca z Polan, Jabczankę i Hryca Madzeja z Barwinka. Z innych klas pamiętam m.in. Mychajła Kostyka z Hyrowej i Mytra Solynkę z Żydowskiego. Utkwił mi też w pamięci najwyższy chłopiec w klasie i najsilniejszy fizycznie Dmytro Terek z Tychani.
Był skromnym i w dodatku słabym fizycznie chłopczyną podobnie jak Jarosław Senio i Wołodymyr Ardan czy Wanio Hulyk. Petro Beskydniak zginął w czasie frontu w 1944 roku. W mojej klasie była też Irena Kawecka - córka właściciela restauracji w Dukli, która mieściła się w ratuszu na rynku. Była bardzo ładna a w dodatku dużo lepiej od nas mówiła po niemiecku, ponieważ często słuchała jak mówią po niemiecku goście w restauracji. Słyszałem, że skończyła na Ukrainie studia medyczne i pracowała potem w szpitalu w Iwano-Frankowsku.
Nasz nauczyciel Hryhorij Wityk był dobrodusznym człowiekiem. Wszystkim pomagał w nauce i starał się nikomu nie zrobić krzywdy. O wiele bardziej wymagająca była jego żona ale w stosunku do uczniów też był życzliwa. Największy strach budził w nas dyrektor bursy - Horodecki. Dość jeszcze młody mężczyzna próbował trzymać w bursie wojskową dyscyplinę, która była potrzebna szkolnej młodzieży.
Po wymordowaniu przez Niemców dukielskich Żydów, Dukla stała się polskim miasteczkiem, jednak nie czuliśmy się żadnej wrogości w stosunku do nas. Często maszerowaliśmy drogą w kierunku młyna i tartaku śpiewając w takt marszu. Na przedzie szli najroślejsi, ja zawsze z tyłu. Wszyscy świetnie się bawili udając szkolne wojsko. Nasze życie było biedne. Jeść dawali kiepsko a nie każdy mógł przynieść wszystko z domu. Byli tacy z kuferkami, którzy zamykali je przed innymi. Była raz z tego powodu afera kiedy do Artura Władyki przyjechała rodzina i przywiozła mu bułki, kiełbasę i inne smakołyki. Jabczanka, który to widział, poprosił kolegę o bułkę. Kiedy ten odmówił, Jabczanka wszedł po kryjomu do naszej sypialni, otworzył kuferek drutem, zabrał jedzenie, zamknął i zalał zamek woskiem. Jedzeniem podzielił się z nami. Wieczorem Władyka nie mógł sobie poradzić z zamkiem a kiedy w końcu poodrywał zawiasy i zobaczył, że zawartość zniknęła poszedł do wychowawcy. Ten przeprowadził dochodzenie i szybko odnalazł winowajcę. Następnego dnia na tablicy zastaliśmy rysunek z podpisem "Bodryk", który przedstawiał psa z kiełbasą w pysku, młotkiem w prawej łapie i kleszczami w lewej. Po tym wydarzeniu Jabczankę postanowiono usunąć ze szkoły, jednak sąd koleżeński zadecydował, żeby go jedynie ukarać dyscyplinarnie w ramach szkoły motywując to tym, że nie zjadł wszystkiego sam ale podzielił się z innymi. Ponieważ wniosek poparł nauczyciel Wityk, Jabczanka pozostał uczniem dukielskiej szkoły. Natomiast za włamanie do kuferka został ukarany 3-dniową głodówką i musiał przez 3 dni czyścić szkolne wychodki.
Kiedyś w siódmej klasie wysłali mnie z Jabczanką do ukraińskiego sklepu po marmoladę. Mieliśmy ją przywieźć wózkiem ze sklepu w mieście do kuchni w szkole. Mykuła był łobuzem i nie mógł się powstrzymać żeby trochę tej marmolady nie podjeść. Ja nie chciałem mieć z tym nic wspólnego ale co mogłem zrobić, trzeba słuchać starszego kolegi. Mieliśmy przy sobie jedną łyżkę i nożyk. Schowaliśmy się w pierwszą lepszą bramę i skosztowaliśmy trochę tych słodkości. Niestety, w kuchni od razu rozpoznali, więc od razu padły pytania: kto, gdzie i w jaki sposób podjadał marmoladę. W tej sytuacji trudno było zaprzeczyć, więc przyznaliśmy się natychmiast. Jedno nas uratowało - nie jedliśmy rękoma tylko łyżką. Kara, oczywiście też była - dwa dni głodówki i dwa czyszczenia wychodków. Często naganiano nas do obierania ziemniaków, świetnie radziły sobie z tym dziewczęta. Potem wyznaczono dyżury klasowe. Padło w końcu i na Jabczankę, który zamiast strugać ziemniaki, rzucał nimi w dziewczęta. Raz nie trafił i zbił szybę w oknie. Za karę przez dwa dni w czasie obiadu stał przy stole nad miską wypełnioną szkłem z rozbitej szyby. No i oczywiście, standardowa kara - dwa dni czyszczenia wychodków.
Ci, którzy mieli bliżej, w każdą sobotę po lekcjach szli do domu. Do Zyndranowej było dość daleko, prawie 15 km, w dodatku trzeba było iść pieszo i boso. Nikogo nie było stać na buty czy chociażby porządne kierpce. W drewniakach nogi też nie wytrzymywały. Autobusów wtedy nie było, okazji nie było mowy a wojskowe samochody wszystkie jechały w przeciwną stronę - na północ. Ciężkie to były czasy dla takich jak my, którzy chcieli zdobyć trochę wiedzy. Latem, przy dobrej pogodzie wlekliśmy się do domu bo ciągnęło do rodziny, zimą trzeba było siedzieć w bursie i wkuwać.
Zbliżał się koniec siódmej klasy i egzaminy do następnych szkół. Jedni zgłaszali się do seminarium nauczycielskiego w Krynicy inni do gimnazjum w Jarosławiu. Jabczanka zgłosił się do Krynicy, mnie skierowano do Jarosławia. Było to pod koniec czerwca albo na początku lipca 1944 roku po zakończeniu roku szkolnego. Nie pamiętam co to był za dzień ani ilu nas było. Jechał z nami nasz nauczyciel Wityk. Do pociągu na stację w Krośnie dojechaliśmy furmanką a dalej pociągiem przez Jasło, Rzeszów do Jarosławia. Pamiętam, że jechała z nami Irena Kawecka z Dukli. Wszyscy byli mocno przejęci egzaminami. Wityk starał się łagodzić nasz niepokój. Stało się zresztą tak jak mówił - wszyscy zostaliśmy przyjęci. Tyle tylko, że od wschodu coraz częściej było słuchać huk armat i wybuchy bomb. Front był coraz bliżej. 22 lipca 1944 roku polskie i radzieckie wojska weszły do Lublina a w sierpniu linia frontu przesunęła się pod Karpaty. Po powrocie z Jarosławia zastaliśmy w Dukli w pałacu Potockich ukraińskie wojsko z dywizji "Galicja". Nie wiem ilu ich tam było ale na oko jakichś 100 żołnierzy, którzy przechodzili szkolenie, m.in. maszerowali i śpiewali wojskowe pieśni. Jedna z tych marszowych piosenek pozostała mi w pamięci do dziś:
Mamciu moja dorohaja
Czy ty mamciu szcze żywaja,
Hej, hej dole-ż moja
De-ż ty z wodoju popłyła
Kiedy na nich patrzyliśmy i uświadamialiśmy sobie, że lada moment mogą ich posłać na front robiło nam się ich żal, który potęgowała ta właśnie piosenka o tęsknocie za mamą, rodziną. Ale cóż, taka już żołnierska dola.
Po egzaminach nasza klasa siódma praktycznie przestała istnieć. W dodatku większość z nas miała świadomość, że z nauki w gimnazjum w Jarosławiu też nic już nie będzie bo front był przecież coraz bliżej. Cieszyliśmy się, że kończy się niemiecka okupacja, że przyjdzie wyzwolenie, że wojna szybko się skończy i życie będzie łatwiejsze. A co dalej ze szkołą - to się okaże. W domu w rodzinnych rozmowach znowu można było wyczuć nadzieję w głosie mamy, że spotkamy się z tatą - albo my pojedziemy do niego albo on do nas.
Wracając do czasów okupacji kiedy Niemcy zabierali ze wsi do getta w Rymanowie trzy rodziny żydowskie o których wcześniej już pisałem, sąsiedzi za nimi płakali. Zostali zapamiętani jako ludzie bardzo pracowici i gospodarni. Starsi do dziś pamiętają słowa Zalmana, który żegnał się ze swoim domem i Zyndranową: "Nami podpalą, wami zamieszają". Tak się też stało. Ich Niemcy wymordowali w lesie "Budna" między Tylawą i Barwinkiem a nasza tragedia rozpoczęła się w 1945 roku wysiedleniem do Związku Radzieckiego. Potem przyszła akcja "Wisła" a dla niektórych jeszcze większy dramat - obóz w Jaworznie.
Niemieckie władze okupacyjne już w 1939 roku organizowały posterunki graniczne. W Zyndranowej taki posterunek mieścił się na plebani nieopodal cerkwi. Obok mieszkania księdza Kolasy, który dobrze mówił po niemiecku.
Na posterunku "grencszuców" byli żołnierze starsi wiekiem, których widocznie nie wzięli na front. Jeden z nich, wysoki, czerwony na twarzy, groźny mężczyzna chodził codziennie z ogromnym tresowanym psem, który był własnością granicznych służb.
Pewnego ranka 1940 roku szliśmy do szkoły: ja, Mychał Wojcio, Fecio Szymko i Marysia Bajko na wysokości chaty Zalmana zobaczyliśmy Niemca, którego wszyscy nazywali "Krucafiks" z tym olbrzymim psem. Kiedy przechodziliśmy obok ten krzyknął "halt" a potem "zurick". Znaliśmy już wtedy te słowa więc się zatrzymaliśmy. Ja szedłem z przodu. Niemiec powiedział coś do psa, który skoczył mi na piersi i powalił mnie na ziemię. Przez myśl mi przemknęło, że to już koniec ale pies warczał lecz nie gryzł. Niemiec zawołał psa a ja zrozumiałem, że się nie ukłoniliśmy. Kiedy powiedziałem o tym reszcie, Niemiec, zdaje się zrozumiał i rzucił "ja, ja". Wtedy wszyscy czworo podnieśliśmy ręce i zawołaliśmy "Heil Hitler". Niemiec tez podniósł rękę i odpowiedział nam w ten sam sposób. Od tego czasu, kiedy przechodziliśmy obok pograniczników zawsze wykrzykiwaliśmy to niemieckie okupacyjne pozdrowienie. Takie były czasy.
Jak już wspominałem - wujek Petro w 1939 roku wraz z kolegami wyjechał do Związku Radzieckiego uciekając przed wojną i szukając lepszego życia. W jego przypadku oznaczało to ciężką pracę pod ziemią w kopalni węgla na Donbasie. Kiedy Niemcy napadli na Związek Radziecki i zajęli Donbas wujek z kolegami znowu uciekali, tyle, że tym razem do domu. Pomimo że Niemcy stworzyli na granicy Ukrainy i Generalnej Guberni granicę, uciekinierom udało się przedostać do Sanoka. Hryc Czomko przeszedł bród na Sanie bez przeszkód, natomiast wujek chciał jeszcze dopalić papierosa i dopiero wtedy wszedł do rzeki. Został schwytany przez Niemców i osadzony w areszcie w Sanoku. Tłumaczył się, że został wzięty w 1939 roku na "forszpan", potem dostał się pod sowietów a teraz wraca do domu. Ponieważ gmina Tylawa wydała zaświadczanie o podobnej treści, wujek został wypuszczono z aresztu i mógł wrócić do domu. Jedno jest pewne - "raju" miał już dosyć.
Przez dwa miesiące wakacji pomagaliśmy z bratem w pracach na gospodarstwie oraz w pasieniu bydła. Dziadek Macek już po raz drugi wziął nas do koszenia łąk. Poklepał nam kosy i po trochę kosiliśmy, chociaż pod względem siły fizycznej do koszenia się jeszcze nie nadawaliśmy. Liczył się jednak sam fakt, że pomagaliśmy. Miałem wtedy 15 lat a brat miał 14.
Przy końcu wiosny 1944 roku na Dukielszczyżnie pojawiło się słowackie wojsko, które zostało zakwaterowane głównie w Zyndranowej i Barwinku a w pasie granicznym powstawały okopy i ziemianki. Jak wynika z dokumentów historycznych na granicy polsko-słowackiej obsadzono dywizję wojska, którego zadaniem było bronić nowego państwa rządzonego przez ks. Tiso. Jedna z nich obsadziła Przełęcz Dukielską, druga - Łupkowską na południe od Komańczy. Robiły to w porozumieniu z Niemcami przeciwko wojskom radzieckim i Czechosłowackiemu Armijnemu Korpusowi. Taka była oficjalna wersja, nieoficjalnie natomiast wiadomo, że wojska te miały współdziałać z Armią Radziecką uderzając od tyłu przy wsparciu lotnictwa i artylerii. Jednocześnie przygotowywano w tym samym czasie w Słowacji powstanie.
Niemiecki wywiad odkrył jednak plany i dywizje tisowców zaczęto w podstępny sposób rozbrajać już w sierpniu 1944 roku. Niemcy skierowali jednostki słowackie na zgrupowanie do Barwinka gdzie wcześniej ogrodzono drutami spory kawał ziemi dla jeńców. Stąd wywozili rozbrojone wojsko na zachód do rozmaitych obozów w głąb Niemiec. Pamiętam jak żołnierze, którzy kwaterowali w naszym domu szli z końmi w kierunku Barwinka. Jeden z żołnierzy pytał spotkanego oficera: "Co mame delat"? W odpowiedzi nie usłyszał żadnego rozkazu, lecz krótką odpowiedź" "24 rokov mace, delajce, co znace". Niemcy do wsi nie przyszli. Część Słowaków szła w kierunku Barwinka jeszcze uzbrojona. Wielu zostało w okopach do wieczora a kiedy się ściemniło przychodzili do domów prosić o cywilne ubranie, zostawiali natomiast kompletne umundurowanie i broń. Chłopi byli biedni i mało kto miał zapasową odzież ale kto mógł, pomagał, więc żołnierze się przebierali i nocą uciekali przez granicą do domu. Było wśród nich sporo Rusnaków z przygranicznych wiosek i całej Preszowszczyzny. Jednego z żołnierzy przebrano również u nas w domu, po czym szczęśliwie przeszedł przez granicę. Niektórzy szli prosto do lasu, do radzieckich grup partyzanckich, które stacjonowały między Zyndranową a Daliową. Ich zadaniem było połączyć się z regularnym wojskiem i walczyć przeciwko Niemcom atakując zgodnie z planem, od tyłu, a kiedy nastąpiło rozbrojenie, poszli na pomoc powstańcom w Bańskiej Bystrzycy.
W domu diaka (odpowiednik organisty) Mychajła Bajka mieścił się w piwnicy magazyn broni i prowiantu dla słowackich wojsk. Jak tylko wojska opuściły wieś za dnia, tego samego wieczoru ludzie zniszczyli magazyn i rozebrali jego zawartość. Wujek Petro wziął dwa słowackie karabiny i poszedł je zakopać pod miedzą na polu przy "Hroszowim" potoku od strony Daliowej. Pamiętam to miejsce ale kiedy próbowałem je odnaleźć po 30 latach nic z tego nie wyszło - miedze zarosły tarniną, krzewami a być może ktoś inny mnie uprzedził w poszukiwaniach. Wujek potem zginął od miny, nas wyganiali na wschód i na zachód, nie było czasu myśleć o zakopanych karabinach, zresztą dość było innych - leżały po froncie na polach. Pod "Kiczerą" Słowacy zostawili działka przeciwpancerne. Poszliśmy je pooglądać z Waniem Popajłowym. Któryś z nas pociągnął za sznurek i wypaliło - kula poleciała w kierunku "Malinników". Znaleźliśmy tam też nowy karabin słowacki. Wanio, który był ode mnie starszy o dwa lata próbował z niego strzelać w "Popowim" potoku. Nadjechali na to Niemcy. Usłyszeli oczywiście strzały, posłuchali i odjechali. Gdyby weszli do potoku, groziła nam niechybna śmierć.
Radzieckie dowództwo nie planowało zdobywać Karpat "od czoła". I i IV front ukraiński miał je obejść od południa, od Węgier i Czech oraz od północy. Żukow i Woroszyłow przypominali strategię z I wojny światowej z lat 1914-1915. Stało się jednak inaczej. Polityczni przywódcy Czechosłowacji osobiście informowali Stalina o przygotowaniach do powstania i prosili o pomoc. W tej sprawie była nawet delegacja w Moskwie. Wtedy zapadła decyzja o utworzeniu 38 armii pod dowództwem gen Moskalenki i rozpoczęciu natarcia od strony Polski. Wojska radzieckie po ciężkich bojach na Lwowszczyźnie nie były na to przygotowane, jednak rozkazy zostały wydane. 8 września od strony Krosna rozpoczęła się Operacja Karpacko-Dukielska, której plan zakładał pokonanie sił niemieckich i dotarcie do Bańskiej Bystrzycy w ciągu 5 dni. Niemcy tymczasem umocnili swoje pozycje na pasie granicznym i zajęli pozycje w okopach i ziemiankach. Jak się można było spodziewać, nic z tego planu nie wyszło - Dukla została wyzwolona dopiero 20 września, natomiast do dolnego końca Zyndranowej rosyjscy wywiadowcy dotarli dopiero 23 września. Rozpytywali o księdza Kolasę, który jeszcze przed frontem uciekł i ukrył się, cała natomiast jego rodzina pozostała a we wsi. Rosjanie radzili ludziom uciekać ze wsi tłumacząc, że zanosi się na ciężkie boje. Część ludzi uciekła do Daliowej, część do Zawadki Rymanowskiej - wśród nich była nasz trójka: mama, brat i ja. Reszta rodziny pozostała w domu i dopiero następnego dnia przeszła do Daliowej z dwiema krowami, których Niemcy nie zdążyli wziąć na kontyngent natomiast konia zabiła niemiecka kula armatnia w "Hroszowim" potoku, gdzie kilka rodzin przygotowało ziemianki wtedy też zginęło kilka krów i Petro Łazorczyk, który wyszedł z ziemianki. Musieliśmyu uciekać z potoku, schroniliśmy się w piwnicy Fecia Chomiaka, który zginął w Dachau. Dwa dni wcześniej nadleciało kilka rosyjskich samolotów i ostrzelały niemieckie pozycje. Niemcy byli jednak wtedy dobrze ukryci. W czasie nalotu zginął Hnat Szymko i jeden żołnierz niemiecki. Kilku Niemców zostało rannych ale zdążyli uciec. Zabitego Niemca pochowali natychmiast na wygonie nad rzeką, gdzie leży po dziś dzień chociaż ziemia się już wyrównała i ciężko byłoby wskazać dokładne miejsce pochówku. Po dwóch dniach w Zawadce, która wciąż jeszcze była w zasięgu niemieckich armat, mama przeszła z nami do rodziny - Kotysów w Daliowej. Zaczęło brakować jedzenia, w brudnych łachach pojawiły się wszy, nie myta skóra zaczęła świerzbieć. Rosyjskie działa wciąż strzelały z Daliowej przez górę w kierunku naszej wioski i granicy. Pierwszy atak na niemiecką linię frontu Rosjanie przypuścili 30 września - bez powodzenia. Zginęło mnóstwo ludzi, głównie żołnierzy Czechosłowackiego Korpusu a brygada czołgów została niemalże całkowicie rozbita. Powodzeniem zakończył się dopiero drugi atak, który miał miejsce 6 października. Tym razem Niemcy zostali wyparci aż nad Ondawę w słowackim Svidniku. Czechosłowackie wojska pod dowództwem gen L. Svobody wywiesiły swoje flagi i wkopały słupy graniczne na szczycie przełęczy w Barwinku.
Tego samego dnia zginął wujek Petro Macek, który stanął na minę. W szpitalu polowym w Posadzie Jaśliskiej amputowano mu nogę ale na nic to się nie zdało. Jeszcze za dnia wróciliśmy domu, chociaż kule jeszcze dolatywały do wsi. Ósmego wróciliśmy jeszcze raz do Daliowej żeby tam pochować wujka.
Do dziś nie wiem, dlaczego mama i sąsiedzi wybrali sobie Zawadkę jako miejsce ucieczki, chociaż do Daliowej było tylko prze górę - jakieś 3 km. Nasza natomiast droga ucieczki była śmiertelnie niebezpieczna. W trakcie opuszczania wioski była wprawdzie cisza bojowa ale kiedy dojeżdżaliśmy do Tylawy, Niemcy zaczęli ostrzeliwać rosyjskie pozycje między Tylawą i Zyndranową, pod "Debrą". Uciekaliśmy w stronę Drymaka poniżej Tylawy. Na polach koło rzeki leżało kilku zabitych rosyjskich żołnierzy. Z Drymaka biegliśmy prze zawadzkie pola, na których stały rosyjskie armaty (na każdej miedzy było po trzy). Usłyszeliśmy nagle "ogoń" a przecież byliśmy między armatami. Wystrzały zupełnie nas ogłuszyły, podmuchy powietrza zwalały nas z nóg, a armaty dalej strzelały w kierunku Hyrowej i Mszany.
Artylerzyści krzyczeli "grażdanie uchoditie" a my nie wiedzieliśmy co z sobą począć. W końcu jakiś oficer posłał żołnierza, który przeprowadził nas między armatami i kazał przy tym otwierać usta w trakcie wystrzałów. Po pokonaniu ponad 5 kilometrów dotarliśmy w końcu szczęśliwie do Zawadki. Żołnierz zameldował się z nami u dowódcy. Ten odpytał nas skąd uciekamy i gdzie jest niemiecka linia frontu. Ponieważ nie mieliśmy nic do jedzenia, przy kuchni dostaliśmy trochę zupy i sucharów. Potem szukaliśmy u zawadzkich gospodarzy jakiegoś noclegu, choćby w stodole, na sianie, byle przespać. Całe szczęście, że nie było jeszcze bardzo zimno. Miałem w Zawadce kolegów ze szkoły w Dukli: Frycza, Peteńka, Seńka. Przenocowaliśmy u Fryczów, po dwóch dniach jak już wcześniej wspominałem, przeszliśmy do Daliowej.
Front wprawdzie przesunął się z granicy aż pod Svidnik ale nie oznaczało to wcale końca pożogi wojennej. Walki nadal toczyły się w Polanach, Krempnej, Tychani, Żydowskim - aż do styczniowej ofensywy 12.01.1945 roku, która przyniosła wyzwolenie całej Łemkowszczyżnie na zachód od Dukli. Jak tylko przetoczył się front, radzieckie dowództwo prowadziło nabór młodych chłopców do swojej armii. Nikt się nie kwapił do wojowania, wszyscy ciągle mieli przed oczyma piekło, które dopiero co się dla nich skończyło, tysiące zabitych i rannych. Jak się potem okazało na 35-kilometrowym odcinku od Krosna do granicy po stronie radzieckiej było 94 tys. rannych, zabitych i zaginionych żołnierzy, oprócz tego 6,5 tys żołnierzy czechosłowackich.
14 młodych mężczyzn zostało zabranych ze wsi na przeszkolenie w Bachorzu koło Dynowa, skąd dwóm udało się uciec - Waniowi Gubykowi i Waniowi Magale. Reszta już po tygodniu trafiła na front, niektórzy tylko po to, żeby już nie wrócić. W Iwli za Duklą zginął Sztefan Dydzik, w Polanach - Mychał Szymko.
We wsi natomiast przez cały czas kwaterowały duże ilości wojska, które kierowano tu z frontu na odpoczynek. Była późna, deszczowa jesień, wszyscy przemoknięci do suchej nitki. Pamiętam jak w boisku sąsiada Mychała Wojcia rozpalili ognisko i suszyli obuwie, mundury i onuce. Baliśmy się, że strzecha na chacie zajmie się od jakiejś iskry bo nasz dom znajdował się w odległości zaledwie kilku metrów. Żołnierze o tym nie myśleli, poprawiali sobie nastrój śpiewając:
Nad bieriegom czajeczka wjotsa
Pieczalnuju wiest priniesła.
A tam za liesom, za lieloczkom
Nasz połk okrużenyj stojał.
Patrony byli na ischodie
Snariadow sowsiem nie było.
Proszczaj mamasza i papasza
Da zdrawstwujet syraja ziemlja.

Oficerowie polityczni zaraz po wojnie zaczęli namawiać ludzi na wyjazd do Związku Radzieckiego, obiecując lepsze życie, dobrą urodzajną ziemię. Nie wszyscy w to wierzyli ale cześć tych, którzy po froncie zostali bez dachu nad głową, przymierzała się do wyjazdu.
Nasz dom czyli dom pisarza, który był dosyć schludny i czysty w porównaniu z innymi, służby kwatermistrzowskie wybrały na kwaterę dla generała. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy tak wysokiego rangą oficera. Wszystkich domowników łącznie z 78-letnim staruszkiem usunęli z domu do stajni. Generał wprawdzie tylko czasami przyjeżdżał na noc ale służby wartownicze ciągle pilnowały domu. Kiedy pradziadek czytał w stajni cerkiewne książki, jeden z żołnierzy zainteresował się i podszedł żeby porozmawiać pod nieobecność generała. Przyznał się, że pochodzi z charkowskiej obłasti i z zawodu jest nauczycielem. Miał na szyi medalik z wizerunkiem Matki Boskiej, który pokazał pradziadkowi lecz prosił, żeby to pozostało w tajemnicy. Pradziadek zapytał go m.in. co myśli o wyjeździe na wschód. Ten najpierw się zastrzegł, żeby go nie zdradzić bo poślą go na front na pewną śmierć a potem poradził, żeby siedzieć w domu bo tam straszna bieda i nędza i wszystko doszczętnie zniszczone przez wojnę. Przekonali się o prawdziwości tych słów ci, którzy zdecydowali się mimo wszystko pojechać. Pradziadek posłuchał żołnierza i jego rady wziął sobie do serca - postanowił nigdzie nie ruszać się z domu i nam radził to samo.

Wyzwolenie i nowe życie

Po 12 stycznia 1945 roku wojsko odeszło a my zaczęliśmy nowe pofrontowe życie, dość niespokojne i niepewne bo nikt nie wiedział co nas dalej czeka. Tylko w poniemieckiej kasarni stacjonowała służba graniczna aż do sierpnia 1945 roku, kiedy w Barwinku powstał polski posterunek graniczny. Na polach, w okopach i ziemiankach pozostało mnóstwo broni amunicji i rozbitych rupieci.
W lutym 1945 roku 20 rodzin po agitacji radzieckich oficerów politycznych, wyjechało do Związku Radzieckiego. Wywieźli ich na wschodnią Ukrainę do Dniepropietrowskiej obłasti. Ich wspomnienia najlepiej oddają to, co przeżywali, kiedy zaczynali nowe życie. Poniżej załączam fragment takich wspomnień Zyndranowianki Anastazji Chomiak z domu Fedosz, która obecnie mieszka w Borszczowie (tekst oryginału po ukraińsku):
"Już nie pamiętam jak się pisze po łemkowsku tak jak mówiłam w dzieciństwie, więc wybaczcie, że mieszam nasz dialekt z ukraińskim, którego też za dobrze nie znam bo nie chodziłam do ukraińskiej szkoły. Uczyłam się kiedyś, jeszcze w Zyndranowej, tylko ruskiej mowy (nie rosyjskiej, ale naszej rusińskiej).
Kiedy zaczęła się wojna, kiedy Niemcy napadli w 1939 roku na Polskę, miałam 15 lat. Nie wiedziałam wtedy co oznacza wojna, jakie cierpienia niesie z sobą ludziom, krajom, rodzinom. Nie zdawałam sobie sprawy z jej przebiegu ani konsekwencji. Kiedy Niemcy napadli w 1941 na Związek Radziecki, mojego tatę Teodora (Fecia) aresztowali wraz z Andrejem Dudzikiem. Zabrali ich do Oświęcimia a potem zdaje się, do Dachau skąd przyszło zawiadomienie, że tata nie żyje. Zamęczyli faszyści człowieka w krótkim czasie. Ktoś zapyta, za co i dlaczego go aresztowali. Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa ani prosta. Tata był sołtysem wsi gdy wrócił z Kanady. Prawie nie chodził do cerkwi, więc padło podejrzenie, że jest komunistą. Były nawet przypuszczenia, że takie oskarżenie mógł u Niemców potwierdzić ówczesny ksiądz. Jak było naprawdę - Bóg jeden wie.
Kiedy zabrakło w domu taty a nas zostało z mamą troje dzieci, zaczęłam rozumieć, co oznacza wojna. Po prostu zabrali bez sądu i nikt nie wie, za co zginął.
Jesienią 1944 roku przyszedł front. Oczekiwaliśmy, że wraz z nim przyjdą bracia ze wschodu i wyzwolą nas spod niemieckiej okupacji.
Bitwa o Przełęcz Dukielska była straszna, jeżeli liczyć ilość rannych, zabitych i zaginionych - ponad 100 tys. żołnierzy. Boże, jak dowódcy posyłali ich na śmierć, ciągle "wpieriod, ogoń" i nie było odwrotu. 6 X Zyndranowa i Barwinek były wolne a front poszedł dalej, nad Ondawę do Svidnika.
Na tyłach zostali tacy, którzy mieli za zadanie namawiać na wyjazd do Związku Radzieckiego. Chata mojego męża spłonęła, nasza jeszcze stała, więc zastanawialiśmy się co robić. Mówili, że tu była i będzie bieda a tam czarna ziemia, urodzajna, to pojedziemy jak do raju. I tak to zdaje się, 25 rodzin zapisało się na wyjazd. To nie było dużo, wieś liczyła sobie 175 domów, więc traktowano nas jak pionierów.
A było to tak. Przyjechali furmankami i zawieźli nas na stację w Iwoniczu. Tam w zimowych warunkach trzymali nas kilka dni. 28 lutego 1945 roku nasz pociąg-eszelon odjechał na wschód. Załadowali nas po 5-6 rodzin do towarowych wagonów. Podróż trwała 10 dni, nocą jechaliśmy, w dzień staliśmy w stepie, odczepiali parowóz i dalej staliśmy. Nie było co jeść ani czym palić, żeby się ogrzać, zima była krzepka a my mieliśmy przecież ze sobą małe dzieci, bidulki. Było dużo płaczu, zawodzenia i chorób.
W końcu dojechaliśmy do stacji Werchowcewa, rozładowali i tam znowu czekaliśmy całą dobę zanim po nas przyjechali furmankami zaprzężonymi w woły i krowy. Załadowali nas dobytek na wozy i w drogę. A jechać trzeba był 30 km, więc jechaliśmy całą dobę. Cztery rodziny - w tym nas - wzięli do kołchozu Demetkań. Każda rodzina miała po jednej krowie więc prowadziliśmy je na zmiany, jednemu było zbyt ciężko. Byłam w ciąży i nie mogłam iść pieszo zbyt daleko więc jechałam na furmance. Ponieważ mróz był siarczysty - odmroziłam sobie nogi i długo potem chorowałam.
Nocą dojechaliśmy do kołchozowego biura gdzie rozpaliliśmy ognisko ze słomy i jakoś doczekaliśmy rana. Rano rozwozili nas na mieszkanie: w jednym pokoju gospodyni z dziećmi bo mąż jeszcze na froncie, w drugim - nas pięcioro. Paliliśmy słomą i głodowaliśmy. Dali nam trochę mąki, krup i oleju. Przywieźli też słomę - dla krowy i do palenia. Było ciężko i strasznie. Boże, namawiali nas żeby jechać do raju a dla nas, ludzi z gór to było piekło. Kiedy przyszła wiosna, wszyscy poszliśmy do roboty do kołchozu. Mężczyźni ręcznymi piłami cięli kloce na deski a kobiety pracowały w polu. Dali nam po 1 ha pola więc sadziliśmy i sialiśmy - co kto mógł i miał. Chodziliśmy po domach i zbieraliśmy nasiona. Przeżyliśmy tam rok kiedy dotarła do nas wiadomość, że wojsko polskie przesiedliło jesienią 1945 roku część naszych ziomków w okolice Tarnopola.
Przyjechał do nas brat męża Mychajło. Kiedy zobaczył jak żyjemy, namawiał nas, żeby jechać z nim na Zachodnią Ukrainę do miasta Borszczów. Pojechaliśmy ale odbyło się to wielkim kosztem i to nie tylko, jeżeli chodzi o straty materialne. W podróży zmarło moje dziecko, które dowiozłam do Borszczowa i tu pochowałam. W 1947 panował wielki głód. Nie było żadnych zapasów żywności. Część ludzi z naszej wsi zmarła z głodu lub na tyfus. Miejscowi nie przyjmowali nas jak swoich, krzyczeli za nami "durne Łemki". Musieliśmy to jakoś znosić, nie było wyjścia.
Z czasem zmieniło się wszystko na lepsze i dzisiaj, chociaż ekonomicznie nie jest łatwo to żyć można. Tylko co mi z tego teraz na starość kiedy młode lata przeżyłam w tak ciernisty sposób. Bieda była pod niemieckim okupantem ale jeszcze większa bieda przyszła do nas po wyzwoleniu, które przynieśli żołnierze, którzy ginęli w bojach. Za nimi szli polityczni władcy a to co zrobili można wspominać tylko ze smutkiem".

Po wojnie ludzie a szczególnie młodzież często byli nieostrożni. Wrzucali pociski do ognia a te eksplodowały. W ten sposób ciężko ranny został przy ognisku Mychał Osuch i jego siostrzenica Nastka Madzej. Sztefan Czomko - Kulawyszyn naprawiał pistolet i postrzelił się w nogę, Wasyl Jawylak - Diaczkiw stanął na minę i stracił nogę, Mychał Ferenc - starszy już mężczyzna, majstrował przy zapalniku od granatu, który zranił mu rękę i pokaleczył palce. W całej wsi było wiele podobnych przypadków - wojna wciąż zbierała swoje żniwo.

Wysiedlenie na wschód 1945 r.

Nasza dola, dola Łemków była w rękach ówczesnych władców Polski i Związku Radzieckiego chociaż Polska dopiero się odnawiała.
Nikt w tym czasie z naszych dziadków, pradziadków nie myślał, że musi zostawić rodzinny dom i ziemię i będą go wieźli w nieznane o głodzie i chłodzie. I to po zakończeniu wojny bo tego w naszym życiu i w naszej historii jeszcze nie było i to w kraju europejskim w XX-wieku.
Nad Karpaty nadciągały czarne chmury już po podpisaniu umowy między Tymczasowym Rządem Polski a tak pięknie zwaną Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką - 9.09.1944 r. o "dobrowolnym" przesiedleniu.
Część młodzieży wracała z przymusowych robót w Niemczech zaraz po zakończeniu wojny i nie wiedziała jak dalej układać sobie życie w biednych zniszczonych wojną rodzinach. Wśród młodzieży widać było radość z powodu zakończenia wojny i powrotu do rodzinnej wsi, do rodziny.
Młodzi często organizowali zabawy, na których grali Cyganie bo Cyganie też przeżyli wojnę i zostali tutaj dalej żyć. Oni też nie wiedzieli, że będą musieli zostawić wieś i pójść w świat. Ich jednak do Związku Radzieckiego nie agitowano bo umowa obejmowała tylko Rusinów - Ukraińców żyjących na tych terenach.
Kiedy gospodarze skosili siano i zboże a niektórzy wykopali już ziemniaki rozpoczęła się tragedia dla nas, dla łemkowskiego pokolenia. Dnia 2.10.1945 r. do wsi przyjechało dużo polskiego wojska. Oficerowie ogłosili, żeby ludzie przygotowali się do wyjazdu bo w następnym dniu tj. 3.10. będą wywozić na Ukrainę. Nie wszyscy w to wierzyli ale strach ogarnął ludzi bo była to już jesień, zbliżała się zima i każdy bał się tego wysiedlenia.
Wojsko zaczęło zabierać nocą resztki bydła, owiec, koni których nie zabrali Niemcy na front i sprzedawali w sąsiednich wioskach - w Barwinku, Tylawie za wódkę. Gospodarze zgłosili ten fakt oficerom, którzy zlekceważyli skargi i w dalszym ciągu wykonywali swoje zadanie, sprawdzali dokumenty i robili spis mieszkańców do przesiedlenia.
Przed południem przyjechały pierwsze furmanki z polskich wsi z okolic Dukli i kładli na wozy tylko to co najważniejsze - pierzyny, odzież i trochę jedzenia. Kilku mężczyzn, którzy przed 1939 r. służyli w wojsku podnieśli bunt, że nie pojadą dopóki wojsko nie odda tego co zabrało od wieczora do rana. W sprawie tej wybrała się delegacja do dowództwa wojsk radzieckich w Sanoku z prośbą o pomoc i ochronę. Delegacja wróciła z żołnierzami radzieckimi i ich oficerem, który zażądał od majora wojska polskiego aby żołnierze wrócili ludziom to co zabrali. Major zwołał swoich żołnierzy i poinformował, że należy spełnić żądania ludzi i oficera radzieckiego, w przeciwnym razie grozi im sąd wojenny. W tej sytuacji przesiedlenie opóźniło się o jeden dzień a w nocy żołnierze przyprowadzili zabrane zwierzęta i oddali chociaż nie każdemu tą samą sztukę co zabrali i prosili gospodarzy, żeby zaniechali dalszych domagań.
Kto miał jeszcze konia to kładł co mógł na swoją furę i tak 4.10.1945 r. ruszył rząd furmanek w stronę Dukli na Iwonicz do stacji kolejowej w Wróbliku. Pierwsze furmanki, które wiozły wygnańców były napadnięte i obrabowane za Duklą naprzeciw pańskiego parku. Zabrano krowy, zboże i to co szabrownikom pasowało. Kradzieży dokonano w biały dzień bo przesiedleńcy nie mieli żadnej ochrony. Dopiero w ostatnim dniu furmanki były ochraniane przez grupę radzieckich żołnierzy z Sanoka. Za Duklą czekali szabrownicy. Kiedy zatrzymali furmanki ochraniający żołnierze oddali parę wystrzałów dla postrachu. Szabrownicy uciekli i skryli się za drzewa. Jeden z nich strzelił do radzieckiego żołnierza, który jechał na jednym z ostatnich wozów. Cały transport jechał do przodu i oficer oraz pozostali żołnierze nie wiedzieli o tym, że ich żołnierz jest ciężko ranny. Zatrzymanie transportu było niemożliwe. Szabrownicy uciekli, a ranny żołnierz zmarł w Miejscu Piastowym. Przeżył nieborak straszną wojnę, może doszedł aż do Berlina i aż tu po wojnie, w Karpatach, bandycka kula odebrała mu życie. Przywieźli go pochować w Sanoku. Radziecki prokurator trzy razy przyjeżdżał do Dukli, aby aresztować zabójcę ale za każdym razem go ukryto. W końcu prokurator wysłowił się przed ludźmi, że radziecki żołnierz powinien zabić 10 takich faszystów a nie dać się zabić samemu. Tak też sprawa ta została zakończona.
We wsi Zyndranowa zostały jeszcze 32 rodziny, które w różny sposób broniły się przed wysiedleniem. Niektórzy w tym czasie skryli się w lesie albo przeszli do innych wsi, najbliżej do Barwinka, Tylawy i Daliowej.
Wasyl Wanat - Haszczin - pokazał zaświadczenie, że w 1920 r. był w legionach Piłsudskiego. Mój pradziadek T. Kukieła pokazał dokumenty, że był 43 lata pisarzem gromadzkim za panowania austryjackiej monarchii i za odrodzonej Polski aż do czasu wejścia ustawy o powołaniu sołtysów. Miał też pradziadek jakiś polski medal, który również pokazał. Mama moja pokazywała znowu dokumenty, że mamy jechać do Kanady do ojca i że czekamy na dalsze dokumenty do wyjazdu. I w ten sposób jakoś zostaliśmy ale nie było to lekkie, kiedy jedni jechali i zazdrościli tym którzy zostawali. Wypędzeni ze wsi ludzie czekali na pociąg we Wróbliku chyba 3 tygodnie często o głodzie i chłodzie. Grupy młodych mieszkańców w jakiś sposób wracały do wsi po jedzenie ale ich droga była bardzo niebezpieczna ze względu na grasujące bandy szabrownicze. Mieli ze sobą broń i szabrownicy chyba o tym wiedzieli bo ich nie zatrzymywali.
Czas przebywania na stacji w Wróbliku i dalszą drogę do Tarnopola i Borszczowa opisał trochę mój rówieśnik ze szkolnej ławy Wanio Bek. Dołączam jego opis, który był drukowany w muzealnej "Zahorodzie" 12 (1) z 1997 r.

Nie jestem naukowcem i pisanie wspomnień sprawia mi trudność. Sam nie wiem od czego zacząć.
Nie mogę zapomnieć moich młodzieńczych lat z okresu wojennej okupacji. Pamiętam lata 1944-45 póki nie byliśmy przesiedleni na Ukrainę. Słychać było, że różne bandy napadały na nasze wioski i ludzi i jak wiosną i latem 1945 r. płonęły domy w niektórych wioskach (na wschód od naszej), jak Szklary i inne. Nie wiedzieliśmy dokładnie kto palił wsie.
22 wrześnie o godz. 10 rano do wsi przyjechało dużo polskiego wojska, dali 2 godziny czasu na spakowanie się i 1 furmankę. A co można było zabrać na jedną furmankę? 70% tego co ludzie mieli zostawało w domu. My mieliśmy 18 morgów pola i wszystko zboże jakie było nie omłócone - jak opowiadali mi dziadek i ojciec - zostało. Było tego... ziemniaków, ... zboża i pozostały majątek w domu - narzędzia i maszyny rolnicze.
Wieźli nas pod wielką ochroną wojska przez całą noc do Wróblika. Na stacji kolejowej we Wróbliku było już około 120 rodzin z naszej wsi. Rozlokowano nas w barakach w jakich ściany były bardzo słabe a nakrycie dachowe dziurawe i bez podłóg. Jak nie lało to jakoś można było przesiedzieć czy przeleżeć a jak lało to nie było się gdzie skryć. Jeszcze teraz robi mi się niedobrze jak o tym myślę. Jak komuś opowiadam to wszystko to nie chce mi uwierzyć. Do tych baraków przywieźli także ludzi z Polan i Hyrowej koło Dukli. We Wróbliku przebywaliśmy ponad dwa tygodnie. Można sobie wyobrazić życie tych ludzi przygnanych z takich dużych wiosek kiedy na stacji brakowało sanitariatów, głód, chłód, nie było gdzie i czym zagotować cokolwiek a i nie było też co gotować.
Po jakimś czasie nocami zaczęto nas okradać. Kradziono krowy, owce a szczególnie konie. Dlatego też zwróciliśmy się do radzieckich wojskowych garnizonów z prośbą o udzielenie nam ochrony. Ochronę otrzymaliśmy i czuliśmy się bezpieczniej. Ale pamiętam, że kilku gospodarzom naszej wioski skradziono konie i krowy w dzień prosto z pastwiska.
Aby ratować się przed głodem grupami po 10 furmanek i więcej jechało się do Zyndranowej za żywnością dla siebie i bydła. To była bardzo niebezpieczna podróż dlatego że po drodze, szczególnie z Daliowej do Królika napadali na nas bandyci i zabierali wozy z końmi. Udało się jednak w większości wszystko przewieźć dlatego że od frontu mieliśmy różną broń a napastnicy o tym wiedzieli i bali się. Ja sam miałem dwa automaty, trzy karabiny (krisy), kilka granatów i pistolet. Było więc z czego strzelać aby się bronić i wydaje mi się, że bandy bały się napadać na Zyndranową bo wieś była dla nich niebezpieczna.
W Wróbliku czekaliśmy długo. Ludzie zaczęli chorować. Chodziły nasze delegacje do władz polskich z prośbą o podstawienie wagonów celem wyjazdu na Ukrainę. Odpowiedź była zawsze ta sama - brakuje pociągów. Całą dokumentację przesiedleńczą prowadził syn nauczyciela Bajka - Janko.
Pamiętam jak puścili pogłoskę aby nie podawać do zapisu całego pozostawionego majątku jak zboże, kartofle, różne przybory i maszyny do obrabiania ziemi bo jak przyjedziemy na Ukrainę to nas zaliczą do bogaczy, kułaków i wywiozą na Sybir. Tak też dużo ludzi w tym i my przegraliśmy. Tak że i tutaj podobna polityka Polski i Związku Radzieckiego zadziałała na ich korzyść dlatego że mało nam wracali po przyjeździe na Ukrainę. Oddali nam zboże tyle ile było zapisane w dokumentach a my mieliśmy zapisane około 5-6 kwintali.
Kiedy już doczekaliśmy się wagonów, załadowali nas po 2-3 rodziny do wagonu. Było tak, że w jednym wagonie znajdowali się ludzie, bydło i konie. Pamiętam taki wypadek jak pracownicy kolei ukradli wagon z końmi tylko nie pamiętam których gospodarzy te konie były. A zrobili to bardzo chytrze i w prosty sposób. Wagon z końmi zaczepili na samym końcu i kiedy ludzie spali to wagon z końmi odczepili i tak konie przepadły.
Dojechać do radzieckiej granicy było dosyć ciężko dlatego, że często stawiali nas na tor boczny i czekaliśmy po dwa dni. Na jednej stacji - nie pamiętam nazwy - dopóki nie dali barana to nie dali parowozu do wagonów a była to już późna jesień, deszcz, zimno a ubranie mieli dość lekkie. Tak to polska strona wywoziła nas na wschód do Związku Radzieckiego. Przypominam sobie i teraz, wtedy była polityka narodowej wrogości. Zabijali jedni drugich tak w Polsce jak i na Ukrainie.
Dowieźli nas na stację Sambor, tutaj przeładowali do radzieckich wagonów bo tory tutaj są szersze. Tutaj jechaliśmy już szybciej, mniej było postoju i tak dowieźli nas do miasta Borszczów.
Kiedy rozładowaliśmy się z wagonów padał deszcz, było zimno i nie było gdzie się skryć. Płacz, łzy. Pod wieczór przyszła miejscowa władza i rozdzieliła kto do jakiej wsi ma jechać. To była bardzo ważna podróż. My z ojcem wzięliśmy na wóz swoje rzeczy oraz dwie małe siostry i w deszczową pogodę pojechaliśmy do wsi Hołubiczok a mama, dziadek i bracia zostali na stacji do rana. Jechaliśmy ciemną nocą. Około 2 km od wioski złamało się nam koło i nie mogliśmy dojechać. Siostry pomarzły, płaczą. Ojciec poszedł do wsi pożyczyć koła ale wszedł do jednego domu, do drugiego - opowiada o swojej biedzie. Jednak nikt mu nie udzielił pomocy. W końcu natrafił na przesiedleńców gdzieś zza Sanu i ci ludzie nam pomogli.
Kiedy już przyjechaliśmy do wsi Hołubiczok zwróciliśmy się do wiejskiej rady i ona przydzieliła nam dom, który wcześniej był własnością Żydów. W domu tym były 4 pokoje ale brakowało okien i drzwi. Nie było też stajni i nie mieliśmy gdzie postawić krowy i konia. Podwórze było bardzo małe, tak że nie było miejsca na ogródek ani na grządki.
Na drugi dzień przywieźliśmy z Borszczowa resztę swojego "majątku". Do wsi Holubiczok przyjechali także nasi bliscy sąsiedzi: Gabło, Czura, Telepko Michał, Wowczak, Ferenc - inwalida bez nogi i jeszcze kilka innych rodzin.
Myśleliśmy, że po osiedleniu się na miejscu rozpoczniemy normalne życie. Rozpoczęły się jednak nowe kłopoty. Brakowało jedzenia, opału a nastała sroga zima. A jak nas przywitali miejscowi gospodarze? Od oka niby dobrze ale tak naprawdę niezupełnie dobrze, nazywali nas łemkami dziadami i parszywcami. Chcąc coś u nich pożyczyć albo o coś poprosić to można się było tylko wstydu najeść. Można było usłyszeć, że przyjechali tutaj dziadowie, hołota itd. To, co zostawiły polskie rodziny, które wyjechały do Polski - domy, stodoły, stajnie, maszyny - to wszystko było zabrane. W budynkach i stajniach brakowało drzwi, okien. Na podwórkach było pusto, nie można było znaleźć ani kawałka drzewa. Wiosną przydzielano pole, nam przesiedleńcom daleko za wioską 5 - 6 km. Pole było zapuszczone, zarośnięte chwastami. To uprawiane, które pozostawili Polacy zabrali miejscowi gospodarze. Kto miał konia, to pojechał orać, siać a ci którzy nie mieli koni, jak Gabły i inni, strasznie biedowali. Jak mogliśmy tak nawzajem sobie pomagaliśmy. Konie które pozostały były bardzo dobre.
Miejscowi gospodarze zazdrościli nam. Oni myśleli, że my jako łemkowie w ogóle nie umiemy ani żyć ani pracować jak ludzie. Ale kiedy życie pokazało jak my umiemy pracować, że każdy z naszych gospodarzy umie zrobić drzwi, okna, wóz, potrafi okuć konia, umie znaleźć wyjście z trudnego położenia - ich poglądy zmieniły się i zaczęli mówić - co to za ludzie, co nie weźmie w ręce to wszystko zrobi.
Był taki przypadek - z ojcem pojechałem do lasu po drzewo. Zbieraliśmy gałęzie bo lepszego nikt nie chciał dać. Znaleźliśmy grube drzewo leżące na ziemi już od kilku lat złamane przez burzę. Ojciec zwrócił się z prośbą do leśniczego aby pozwolił nam go zabrać bo tutaj ono gnije a my nie mamy czym palić. Ale leśnicy zaczęli się śmiać z ojca jak on to drzewo zabierze. Jeden z nich powiedział, że jeżeli sami załadujemy to drzewo na wóz to możemy sobie zabrać. Ojciec zgodził się na taki warunek. My Łemkowie, lasowi ludzie, przerżnęliśmy drzewo na kawałki długości ok. 8 m, rozciągnęliśmy wóz, podsunęliśmy pod drzewo jedno koło, łańcuch, koń i przedni koniec na wozie a potem tylni także. Oni łapali się za głowy i dziwili się, że jesteśmy tacy pomysłowi. To drzewo za dwoma podjazdami zabraliśmy do domu i było już czym palić.
Miejscowych dziwiło to, że Łemkowie są szczerymi ludźmi, żyją w zgodzie, są gościnni, nawzajem sobie pomagają, mają swój honor, jeden za drugim, jak mówią, górą stoi.
Bywało i tak, że biedniejsi miejscowi prosili aby przywieźć im drzewo, zaorać i zasiać pole to Łemkowie pomagali im i wykonywali usługi bez żadnej opłaty a tylko za dziękuję. Budowaliśmy też i domy, tradycyjnie tak jak na łemkowszczyźnie. Czego się tutaj nie robiło.
Nocą słychać było strzelaniny, dlatego, że we wsi był garnizon radzieckich żołnierzy, którzy łapali tzw. "banderowców". A wtedy było tak, że nocą przychodzili banderowcy do domu i kazali sobie dawać dobrą odzież, obuwie, jedzenie albo ćwiartkę świni. Nie dasz - to będziesz powieszony a w dzień jak ktoś naskarży na ciebie do garnizonu albo kahebistom to na drugą noc wywiozą cię na Sybir jako "banderowca".
A wydarzyło się i coś takiego: do Tełepkowych przyszli nocą i zabrali konia. Mieli na sobie mundury radzieckich żołnierzy tylko na czapkach mieli tryzub. On biedny przyszedł do ojca i opowiedział swoją biedę. Ojciec zaproponował aby wybrali się na tory do Borszczowa to może tam odnajdą zabranego konia. I rzeczywiście, kiedy przyjechali na tory to poznali swojego konia i Michał tłumaczył, że koń uciekł mu z pastwiska bo bał się powiedzieć, że zabrali mu nocą uzbrojeni chłopi. Wówczas podeszło do niego kilku mężczyzn i powiedzieli, żeby szedł do domu i nikomu nic nie mówił bo w przeciwnym razie będzie wisiał na sznurku. Michał z ojcem tek też zrobili. Wrócili do domu nie odzyskawszy konia.
Gdzieś po tygodniu po tym wydarzeniu przyszło w nocy do nas dwóch mężczyzn w mundurach radzieckich żołnierzy z tryzubem na czapkach, z automatami i powiedzieli, że są z UPA i trzeba im dać konia.
Ojciec, dziadek i matka zaczęli prosić, że nasza rodzina jest duża i nie będziemy mieli czym obrabiać pola. Ale oni nie zwracali na to uwagi, kazali dawać konia i koniec. Nastawili automaty i zakazali prowadzenia rozmów. Wtedy dziadek powiedział, że koń jest bardzo narowisty i gryzie ale poszedł i wyprowadził go na podwórko. Tam czekał jeden z nich i siadł na konia. A nasz koń rzeczywiście był taki i w domu mogliśmy przystępować do niego tylko ja, ojciec i dziadek, więcej nikt do niego nie mógł podchodzić.
I kiedy on ruszył, żeby koń odjechał, w jednej chwili znalazł się na ziemi. Koń wyczuł, że siedzi na nim ktoś obcy i od razu go zrzucił. Tej samej próby dokonał drugi i spotkał go ten sam los. Koń podniósł przednie nogi do góry, stanął na tylnych i zrzucił go na ziemię. Ten ze złości wyciągnął pistolet i chciał zastrzelić konia. Ale ten, który nie wchodził do mieszkania nie pozwolił strzelać. I takim sposobem nasz koń pozostał z nami.
Te wydarzenie, które działy się w tym czasie, bardzo trudno teraz opisywać. Nie chcę oczerniać chłopców z UPA bo wśród nich byli prawdziwi bohaterowie, uczciwi i porządni ludzie. A rzecz w tym, że pod ich adresem występowali inni i to ze swojej wsi lub sąsiednich. Skarżyć się do władzy nikt z nas nie chodził. Mógłbyś spróbować, straciłbyś życie. W miastach tego nie było ale nas w większości osiedlili na wsiach.
Pierwsze lata po przesiedleniu nasi chłopcy i dziewczęta nie przyjaźnili się z miejscowymi. Oni po prostu wstydzili się nas, takich biednych Łemków. Natomiast miejscowa inteligencja tylko szkoda że było jej mało, odnosiła się do nas ze zrozumieniem. Poglądy o nas zmieniały się na przestrzeni 50 lat kiedy nasza młodzież zaczęła się uczyć. Dużo z naszych uczyło się w technikach i szkołach wyższych. I rzeczywiście przed młodymi otworzyła się droga do nauki i trwa to po dzień dzisiejszy.
Rok 1946 był rokiem wielkiej posuchy i głodu. Wtedy dużo ludzi zachorowało na tyfus a nam udało się przejechać do Grymajłowa bliżej Tarnopola. Tutaj urodziło się trochę więcej ziemniaków i zboża. Do Grymajłowa przyjechał też od Odessy furmanką zaprzężoną w krowę Tykanych Teodor, przesiedleniec z Barwinka k. Dukli.
Tak to swoim uratowanym koniem przyjechaliśmy tutaj a w Hłubiczku pozostali nasi sąsiedzi Gabły, Czury i inni. Dużo z nich poumierało wtedy na tyfus i z głodu.
Rok 1947 był i tutaj w okolicach Grymałowa bardzo straszny. Aby ratować się przed głodem jedni drugich zabijali, rabowali nocami, ludzie puchli i umierali z głodu. U nas była wielka rodzina i od razu nas trzech braci i dziadek poszliśmy pracować do tzw. gospodarstwa radzieckiego gdzie pracowała większość naszych przesiedleńców i ludzi ze wschodnich terenów. Prace były różne, pasienie krów, kopanie buraków, wożenie ich na wagony itp. Potem zostałem pomocnikiem traktorzysty. Dobre było to, że dawali jeść. Takie jedzenie jak chleb a dawali go 600-700 gram dziennie trzeba było dzielić i przynieść do domu bo czekali na niego młodsi bracia i siostry, była to wielka radość bo było co jeść. Na własne oczy widziałem martwych, leżących za wsią ludzi, którzy poumierali z głodu. To było coś strasznego i jak pomyślę teraz o tym, to sam nie wierzę.
Na początku 1948 roku zabrali mnie przymusowo do Donbasu do kopalni węgla, jak wtedy mówili, na odbudowę kopalni węgla. Tam pracowaliśmy z niemieckimi jeńcami - byłymi żołnierzami. Pracowało tam również dużo przesiedleńców.
Praca pod ziemią była ciężka i niebezpieczna. Bywały wypadki zawalenia. Dużo ludzi zginęło lub pozostało kalekami. W kopalni pracowałem w 1948-49 roku a zgodnie z ówczesną ustawą powinienem odpracować 4 lata. Udało mi się pojechać na urlop i do kopalni już nie wróciłem. Chcieli mnie sądzić jako dezertera ale w 1949 roku zapisywali tutaj wszystkich do kołchozu. Miałem do wyboru: więzienie, Donbas albo kołchoz. I tak zostałem w kołchozie. Przepracowałem kilka miesięcy gdy jeden z członków zarządu kołchozu powiedział mi, że jestem młodym, zdolnym chłopakiem i trzeba mi się uczyć. On postarał się i wysłali mnie do szkoły do Czerniowiec gdzie uczyłem się 3 lata na agronoma. Z początku nauka była trudna ale dużo pracowałem i zakończyłem technikum z wyróżnieniem. Po ukończeniu szkoły ciągle pracowałem ale już jako specjalista w kołchozie. Należałem też do różnych państwowych organizacji. Dużo przeżyłem i wiedziałem. Mam już 45 lat pracowniczego stażu w państwowych instytucjach, ale życie do jakiego doprowadzili nasi kierownicy wygląda teraz gorzej, jak po wojnie. Co to za życie kiedy siedzę w domu ciepło ubrany i jest mi zimno. Otrzymuję mizerną emeryturę a żeby kupić i przywieźć 1 tonę węgla to trzeba dać 5 miesięcznych emerytur. A za co wówczas żyć?
Jeszcze trochę pracuję, zapłata bardzo mała ale i tej już 3 miesiące nie wypłacają. Mówią, że nie ma pieniędzy i żyj jak chcesz a życie ma swoje wymagania.
Kiedy stanie się lepiej, nie wiadomo, bo już 5 lat nowych czasów i ciągle gorzej i gorzej. Tak to żyjemy w bogatej Ukrainie. Piszę te wspomnienia z rozstrojem nerwowym z powodu ciężkiego życia i tych porządków jakie teraz u nas zapanowały. Ludzie wrogują między sobą. Nastał jeszcze jeden konflikt wrogości na tle religijnym. Jedni są za prawosławiem a drudzy za unią. Nie puszczają unici prawosławnych do cerkwi. Patrzą również na to, kto "czysty" Ukrainiec a kto "moskal". Jeden drugiemu wytyka: "ty moskal", "ty ruski", "ty chcesz związku" a życie przedtem było inne a teraz inne. Można powiedzieć, że materialnie żyje się teraz gorzej.
Takie konflikty powstają w zachodniej Ukrainie bo we wschodniej tego nie ma. Dla mnie nie ważne kto do jakiej konfesji należy i jakiego jest wyznania, ważne aby był porządnym człowiekiem. W życiu nikomu nie powiedziałem, że jest on grekokatolikiem czy prawosławnym. Takiego czegoś nie było bo dla mnie wiara w Boga a konfesja nie ma znaczenia.
Do naszego ciężkiego życia materialnego dochodzą jeszcze trudności związane z bałaganem religijnym i racjonalnym.
Boże, nieraz myślę o naszej doli, za co nas wygnano, przesiedlono z rodzinnego domu i ziemi na cudze, żeby tutaj biedować, przeżywać głód i inne nieszczęścia. A jaki los każdej rodziny z osobna. Za jakie i czyje winy nas Łemków w górach spotkała taka kara po zakończeniu drugiej wojny światowej.
Wspominam nieraz, jaka droga życia wypadła mojemu dziadkowi Prokopowi. Pięć lat służył w austriackiej armii w kawalerii. Potem 5 lat w Ameryce w kopalniach. A kiedy wrócił do domu wybuchła wojna rosyjsko-austryjacka. Zabrali go do armii i na front. Był ranny, dostał się do rosyjskiej niewoli w saratowskiej guberni. Do domu wrócił aż po rewolucji w 1918 r.
Taka dola spotkała niejednego. Nie wierzył nigdy dziadek, że za dwie godziny każą mu z rodziną opuścić rodzinny dom, wieś, góry i jechać w nieznane w tak trudnych warunkach. A co przeżył tutaj w ciężkie powojenne lata to trudno wspominać.

(1997 r.) Wanio Bek


Nie wszystko Wanio zapamiętał i opisał bo jako młody chłopiec nie wszystko wiedział, nie wszystkim się interesował albo o niektórych wydarzeniach zapomniał. Pamiętam, jak przyszła grupa młodych, wygnanych zyndranowian z Wróblika do wsi z takim planem, że spalą wieś i domy tych co zostają, żeby też jechali. Ale mieli trochę szacunku do mojego pradziada pisarza i do naszej rodziny i przyszli nam o tym powiedzieć i jakby trochę po poradę. Moja mama i pradziadek wyjaśnili im, że spalić domy jest lekko i nikt we wsi nie zostanie, tylko gdy ktoś będzie chciał przyjechać do rodzinnej wsi to nikogo tutaj nie zastanie i nie będzie do kogo przyjeżdżać. Przemyśleli to i wsi nie spalili. A życie pokazało, że później mieli do kogo napisać i przyjechać, bo i dzisiaj dużo z nich przyjeżdża w odwiedziny. Teraz mówią, że rady pisarza były rozumne.
W Wróbliku wygnańcy przeżywali chwile bardzo tragiczne w związku z napadami band rabunkowych. Jednej kobiecie - Macek Anastazji - rabusie chcieli zabrać ostatnią krowę. Kobieta miała przy sobie 4-letniego synka i prosiła, błagała, żeby jej tej krowy nie zabierali. Jeden z bandytów strzelił do kobiety i krowę zabrał. 4-letnim chłopcem zaopiekowali się sąsiedzi a jego matkę zakopali gdzieś koło stacji bez trumny, bez księdza. Dziś już nikt nie potrafi wskazać miejsca jej pochówku.
Kiedy byłem w Borszczowie odwiedzić rodzinę, spotkałem tego chłopca już jako dorosłego mężczyznę z zawodu kierowcę. Z płaczem pytał mnie, jakby mógł znaleźć grób swojej matki a to już po 50 latach jest niemożliwe. Ten chłopak chciałby aby zabójcy jego matki ponieśli karę. Zabili niewinną kobietę a on pozostał sierotą u obcych ludzi. Do ukarania tych ludzi również nie może dojść bo gdzie ich teraz szukać?. Jego matka była stryjeczną siostrą mojej matki. Była samotna - niezamężna. Jej syna wychowywała reszta rodziny.
Można sobie wyobrazić jaki strach ogarnął mieszkańców po takim bandyckim napadzie. A co przeżywali przesiedleńcy z innych wiosek to trudno opisać. O wysiedleniu wsi Kamianka opisuje Jan Kyrpan. Oni oczekiwali na wagony na stacji w Rymanowie. Kiedy już pociąg ruszył na wschód to ostatnie wagony z końmi bandyci wspólnie z kolejarzami odczepili a 4 młodych chłopców pilnujących koni zabili. I o tych nikt nie wie, gdzie pochowano ich ciała.
W 1945 r. przymusowo wysiedlono ze wsi Zyndranowa około 125 rodzin. Po ich wyjeździe z Wróblika wydawało się, że wieś będzie dalej tętnić życiem z tymi mieszkańcami, którzy pozostali. Większość domów pozostała pusta, miałczały w nich tylko żałośnie koty bo brakowało w nich gospodarzy i nie było ich komu nakarmić. Do smutnej i prawie pustej wsi wracała młodzież z Niemiec i dużo z nich nie zastało już swoich rodzin. Niektórzy z nich jechali na wschód za rodziną a niektórzy pozostali we wsi przy tych rodzinach, które pozostały. Jeden z nich, Michał Gabła, prosił moją matką o jakiś adres do Ameryki. Prosił również, żebym ja albo mój brat Janek pojechał z nim bo on wraca do Niemiec. Nas mama nie puściła a on jak mówił tak zrobił, wrócił do Niemiec, stamtąd dostał się do Ameryki. Czy jeszcze żyje nie wiem bo nie pisze.
Jednym z pierwszych, który powrócił ze Związku Radzieckiego do Zyndranowej był Michał Skorodyński. Jakimś cudem udało mu się przejechać granicę w towarowym wagonie. Po cichu opowiadał o ciężkim życiu w kołchozach na stepie i że musiał stamtąd uciekać. Wystrzegał się jednak pracowników UB i tajnych służb radzieckich. Miał wtedy tylko 17 lat. Potem w 1947 roku był wygnany w "Akcji Wisła" na ziemie zachodnie do woj. Olsztyńskiego, tam założył rodzinę lecz zmarł mając 56 lat.
Wrócił z Niemiec w 1946 roku też Teodor J., którego duża rodzina wygnana była na wschód. We wsi pozostał tylko jeden jego brat Janek, który ożenił się z byłą przedszkolanką ze wsi Puławy. Przez krótki czas przebywał u brata a na wiosnę 1946 roku miał jechać do rodziny na Ukrainę. Potem we wsi rozeszła się pogłoska, że poszedł do rodziny bratowej do Puław i tam został zwerbowany przez partyzantów UPA bo oni w tym czasie przebywali w Puławach. Nikt we wsi nie wierzył, że Teodor J. mógł wstąpić do UPA, gdyż był inwalidą - nie widział na jedno oko i nie mógł strzelać.
Minęła zima 1945-46 roku i zbliżała się wiosna. Wydawało się, że życie we wsi, chociaż smutne bez jego dawnych mieszkańców, dochodzi do normalności. Niektórzy mieszkańcy, jak Michał Łazorczyk, Jan Gubik, Andrzej Szyjka i inni zaczęli po trochę handlować towarem ze znajomymi na Słowacji w sąsiedniej wsi w Komarniku. Za sól, naftę z Polski dostawało się cukier, nici, siwiec itp. Granica nie była jeszcze mocno strzeżona i przez las można było przejść niepostrzeżenie.
Powrócił z Niemiec i nasz kuzyn Teodor Macek, rodzony brat Anastazji, którą bandyci zastrzelili w Wróbliku. Rodziny we wsi już nie zastał, przebywał u nas i też zaczął trochę handlować. Pewnego razu miał dostarczyć na Słowację do lasu kozę, za którą miał dostać 20 kg cukru. Tak się dogadał z jednym z mieszkańców Komarnika. Poprosił mnie o pomoc w zapędzeniu kozy w umówione miejsce w lesie na pasie granicznym. W lesie koza nam się wyrwała i zaczęła beczeć, ledwo żeśmy ją złapali. A "pupkaria", jak nazywano sąsiadów ze Słowacji, nie ma. Czekaliśmy na niego dosyć długo. Nie dość, że przyszedł z dużym opóźnieniem to jeszcze bez cukru. Nijak było nam zabierać kozę do domu, darowaliśmy mu ją bo już nigdy cukru za nią nie dał.
Potem nasz kuzyn Teodor pojechał szukać pracy aż do Wrocławia i utopił się w rzece Odra o czym powiadomiono nas urzędowo. Za rodziną na wschód nie chciał pojechać a tutaj w Polsce czekała go śmierć.
Przyszła wiosna 1946 roku. Ci mieszkańcy, którzy pozostali we wsi, zaczęli wiosnować - orali, siali i sadzili ziemniaki. Świąt Wielkanocnych prawie nie było bo nie było już żadnego księdza, nie było nabożeństw w cerkwi, nie święcono też paschy ani jajek.
Odczuwało się przygnębienie, żal i smutek. Mój ojciec Mikołaj napisał pierwszy list po wojnie z Kanady późnym latem 1945 roku, chociaż poczta jeszcze nie pracowała normalnie. Ojciec żył propagandą politykierów z "Lemko Sojuzu" i gazety "Karpatska Ruś" i doradzał aby matka z nami wyjechała do Związku Radzieckiego bo tam będziemy mieli dostatnie życie. Odpisaliśmy ojcu aby on pojechał pierwszy, znalazł miejsce życia, mieszkanie, pracę a wtedy my do niego przyjedziemy. Tato zrozumiał, że coś jest nie tak, kiedy inni ludzie jechali pod przymusem, czego oni nie wiedzieli a my czegoś nie chcieliśmy jechać. Wówczas złożył dokumenty o nasz przyjazd do Kanady co w czasie powojennym nie było takie prędkie i łatwe. Listy prędzej przychodziły do Czechosłowacji to ojciec napisał na adres naszej rodziny w Komarniku. Tam też ojciec przysłał pierwsze paczki z odzieżą.
Matka myślała o dalszej nauce mojej i brata ale nie było takiej możliwości. Ktoś jej doradził oddać nas na naukę jakiegoś rzemiosła. Dla mnie znalazła miejsce nauki krawiectwa w Jaśliskach u krawca Nieziołka. Był od niego lepszy krawiec Lemko Szypak ale nie miał miejsca zamieszkania i dosyć dużo pił. U Nieziołka pomagałem od wiosny 1946 roku trochę w pracach gospodarskich bo on był inwalidą, miał niesprawną nogę. Dawali mi jeść i spałem u nich. Na niedzielę przychodziłem do domu przez las i górę Kamarkę. Tak chodziłem do późnej jesieni. Zimą bałem się iść lasem. Mama znalazła mi nowe miejsce nauki na Cergowej koło Dukli u majstra Kordysia Kazimierza a mieszkanie w tym samym domu co warsztat - u Piotra Jastrzębskiego.
W Jaśliskach i na Cergowej już dużo nauczyłem się szyć, chociaż to był jeszcze krótki czas a normalnie na czeladnika trzeba uczyć się 3 lata. Razem ze mną uczyło się dwóch starszych uczniów: Maniek Cyran z Lipowicy i Józef Sidor z Teodorówki, który czasami wymawiał mi pochodzenie, czasem dokuczał, że jestem Rusinem i czuł się ważniejszy ode mnie aż raz majster zwrócił mu uwagę i od tego czasu się uspokoił. W trakcie mojej nauki majster przyjął do warsztatu jeszcze jednego ucznia Czesława Głoda z Jasionki bo Cyran już kończył czas swojej nauki.
Przyszła jesień i zbliżała się zima 1946-47 r. W sobotę było zawsze dużo pilnej pracy w warsztacie i nie zawsze na niedzielę szedłem do domu. Nieraz mama przynosiła mi jeść i odzież do przebrania. Ludzie we wsi i okolicy żyli w strachu. Bali się band, kiedy dowiedzieli się o napadach na Łemków z Zawadce Rymanowskiej i Hyrowej. Rabusie okradali niewinnych bezbronnych mieszkańców i zabierali co im się podobało.
Znany jest napad bandy na wieś Tylawa w 1946 roku. Bandyci w wojskowych mundurach, dobrze uzbrojeni, zabierali bydło, konie i wartościowe rzeczy z domów. W krótkim czasie udało się powiadomić graniczną jednostkę wojskową w Barwinku, skąd na koniach przyjechali żołnierze z komendantem placówki J.J. na czele. Przywódcę bandy znaleźli w domu Łemka Jana Legi. Porucznik J. zażądał od szefa bandy dokumentów jak od wojskowego w mundurze. Kiedy zauważył, że przeciwnik szukając niby dokumentów sięga po rewolwer, wystrzelił do niego i zabił go pierwszym strzałem. Pozostali bandyci zaczęli uciekać. Cały zrabowany łup zostawili we wsi a niektórzy byli już za wsią pod górą "Dziurdź" w stronę Trzciany.
Przyszła zima. W mroźny grudniowy wieczór rzymokatolickich świąt Bożego Narodzenia zauważyliśmy czerwone niebo nad Tylawą. Patrzyliśmy dłuższy czas a niebo coraz bardziej czerwieniało i wyglądało na to, że to chyba pożar.
Usłyszeliśmy też strzelaninę. Nie mieliśmy już spokojnego spania bo każdy myślał co tam się dzieje. A to już noc. Baliśmy się tam iść. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że "banderowcy" spalili w Tylawie 12 domów, w większości tych, którzy zapisali się do ORMO i których podejrzewano o współpracę z UB. Było to straszne przeżycie tych rodzin, od płonących domów ogień rozprzestrzeniał się na sąsiednie. Nikt jednak nie zginął. Opowiadali potem ludzie w Tylawie, że "banderowcy" przed podpaleniem powiadomili rodzinę danego domu, jakiś przełożony odczytał nakaz i wyrok.
Sami pomagali jeszcze wyprowadzić bydło, wynieść dzieci, pierzyny, odzież i to co było ważniejsze w domu. Można wnioskować, że dostali nakaz tylko spalić a nie zabijać i znęcać się.
Albo ktoś dał znać albo wojsko przygraniczne w Barwinku samo zauważyło ogień nad Tylawą bo pewna grupa żołnierzy prędko biegła do Tylawy, kiedy "banderowcy" spalili już wyznaczone domy i odchodzili w stronę Daliowej na wschód w kierunku góry "Dił", żołnierze zaczęli za nimi strzelać i jeden z nich został zabity za rzeką. Nikt do dzisiaj nie wie czy to byli prawdziwi upowcy czy jakaś inna banda. Zaraz po akcji mówiono, że byli to banderowcy.
Zyndranowa miała to szczęście, że nie napadały na nią żadne bandy. Wieś była dla nich za bardzo oddalona - aż po samą słowacką granicę. Już w zimowy czas przy końcu 1946 r. późnym wieczorem zaszli po domach chyba banderowcy bo rozmawiali po ukraińsku. Mnie i bratu mama kazała się schować do komórki pod łóżko bo słyszeliśmy, że młodych chłopców zabierali w swoje szeregi. W domu poprosili o jedzenie, weszli też do drugiego pokoju w którym urzędował pradziadek. Chcieli zabrać ciele bo weszli również do stajni ale mama i ciotka prosiły, tłumacząc im, że u nas wielka rodzina a bydła nie ma i jakoś ciele zostawili. Wzięli tylko jeden koc bo i nie było co więcej brać po zniszczeniach wojennych. Do komórki gdzie byliśmy z bratem ukryci nie weszli i myśmy ich nie widzieli.
Kiedy pukali do drzwi sąsiada Michała Wojcia to przestraszony sąsiad uciekał na strych aby schować w sianie skórzane buty jakie posiadał. W tym czasie żona otworzyła drzwi i jeden z partyzantów zauważył, że ktoś uciekł na strych. Poszedł z lampką za nim i znalazł go klęczącego na sianie. Partyzant nie zauważył, że on chowa buty lecz myślał, że on się modli i kazał mu zejść na dół a buty zostały w sianie.
Często po wsi chodzili żołnierze z Barwinka. Nieraz posiedzieli w domu, kiedy mieli służbę. Do nas przychodził często bardzo uczciwy żołnierz - Edward Dombrowski. Nieraz był głodny i dawaliśmy mu jeść to co było, najczęściej ziemniaki, mleko, chleb. Pewnego razu żołnierz siedział w domu, był tylko sam, bo przeważnie chodzili we dwóch ale kolega chyba poszedł do Turkowskiego gdy ktoś z sąsiadów przyszedł i powiedział, że we wsi są banderowcy. Żołnierz z automatem schował się na strychu bo wiedział, że sam przed większą grupą banderowców się nie obroni. Może gdzieś we wsi byli partyzanci ale do nas nie doszli. My sami baliśmy się, że jak zabiliby żołnierza w naszym domu to i z nami zrobiliby porządek. Trochę posiedział na strychu i pomału poszedł do Barwinka na strażnicę.
Po tych różnych przeżyciach można tylko wspominać słowa pradziadka pisarza, że wojna to jeszcze nic bo zacznie się i skończy, przejdzie burza frontowa i kto przeżyje to układa sobie życie jak może. Najgorsze jest jednak to, co zostaje po wojnie, co trzeba przeżywać w nowych czasach. Chociaż po pierwszej światowej wojnie dużo wsi było spalonych, to ci żołnierze, którzy przeżyli i wrócili z frontu stawiali jak mogli nowe domy i rozpoczynali nowe życie.
Ale takiego ciężaru nieszczęścia, jakie przeżyli Łemkowie po II wojnie światowej nikt i nigdy nie mógł przewidzieć - żeby wyganiać ludzi z rodzinnych domów i ziemi. Nikt nie wiedział co czeka dalej tych, którzy obronili się przed wygnaniem na wschód.

Tytuły następnych rozdziałów:
Akcja "Wisła" 1947 roku
Straszny sąd na ziemi
Rozstanie z rodziną
Służba wojskowa w 13 batalionie górniczym
Działalność kulturalna i obrona praw Łemków
Prowokacyjne aresztowanie i nowy sąd
Przyjazd ojca
Działalnoć kulturalna w latach 1960-1970
Założenie rodziny i budowa domu
Moje uniwersytety
Wyjazd do Kanady
Nowe przygody sądowe
Budowa i zniszczenie pomnika
Budowa cerkwi - pomnika
Moje jubileusze
Część I-sza
Część II-ga
Część III-ia
Część IV-ta
Część V-ta
Część VI-ta


beskid-niski.pl na Facebooku


 
555

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 1 i 1: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 13 osób
Logowanie