• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część IV-ta
 

Pragnę zwrócić uwagę, że to, co czytelnik spotka w tej opowieści, to jest nie tak odległa historia, pokazana na konkretnych faktach z okresu II Wojny Światowej. Opisane wydarzenia dotyczą zaledwie kilku wiosek małego obszaru Dukielskiego. Zapewniam, że zaprezentowanych 90% zdarzeń, dotknęło setki Beskidzkich i Bieszczadzkich wsi, począwszy od Dunajca aż po San. Pokazując wizerunek wsi Smereczne, w latach 1939 miałem na myśli przedstawić stan faktyczny życia pewnej grupy ludzi z jej kulturą, obyczajowością i stanem zamożności. Jako saldo istnienia i podobnych kilka setek wsi. Podejmując temat małej historii z lat 1939-1945, zapragnąłem wyjawić, cierpienia ludzkie, spowodowane wojną, okupacją, przemocą i bezwzględnym wyzyskiem silniejszego. To z jednej strony. A z drugiej, choć bezradną ale podejmowaną obronę w celu przetrwania i ocalenia ciągłości kultury, tradycji i obyczajów. Przy okazji wylazło jak szydło z worka, jak człowiek, człowiekowi na tej ziemi może być nieprzyjaznym wilkiem. Myślę, że byłoby błędem taką historię zabrać ze sobą do grobu. Tym bardziej, że 80% tamtej cywilizacji przeszło już w zapomnienie. Jednocześnie zastrzegam się, że z 5-cio letniego okresu okupacji, jest to jedynie mała pigułka ze wszystkich faktów. Mam również na myśli, że byłoby wielkim grzechem, nie pozostawić dokumentu dla przyszłych pokoleń, że 60 lat temu, istniały jeszcze: wieś Smereczne, Wilśnia, Ropianka, Olchowiec i kilkadziesiąt podobnych w Beskidzie Niskim.To za przyczyną wojny i dalszej powojennej brudnej polityki zostały one wymazane z mapy a przecież istniały przez kilkanaście wieków. Zapraszam do przeczytania

Leszek Hrabski ( autor wspomnień )


CZĘŚĆ IV


Dezercja Michała i Grzegorza. Maj 1944 r.

Do Niemiec Michał i Grzegorz pojechali dobrowolnie na początku 1940 roku, podstępnie oszukani przez agentów na wysokie zarobki. Pierwsze dwa listy z przykrymi wiadomościami były od nich. Michał i Grzegorz przestrzegali, następnych ochotników, że z obiecanych dobroci nic się nie sprawdziło, a gwarantowane wysokie zarobki i luksusowe warunki są wielką fikcją, zwykłym kłamstwem. Obaj wyjechali razem w jednym dniu i obaj pracowali przez 4 lata w fabryce broni i amunicji. Mieszkali razem w barakach z Francuzami, Chorwatami, Słowakami, Ukraińcami i Polakami.
Fabryka w czasie ich pobytu, była kilkanaście razy bombardowana. Za każdym razem uciekali do podziemnych bunkrów. Po ostatnim nalocie samolotów angielskich, fabryka zniszczona została całkowicie.
W czasie bombardowania zginęło dużo robotników i uzbrojonego dozoru.
Z tego dużego zamieszania skorzystali obaj i zbiegli na wieś. Pracę na niemieckiej wsi, podjęli u "bauera".
W tym miejscu pracowało im się spokojnie i dobrze, tym bardziej, że robotę na roli dobrze znali, a stary " bauer " był dla nich wyjątkowo łaskawy.
Sytuację poprawili sobie pod każdym względem. Dostatek jedzenia, zakwaterowanie, wypoczynek niedzielny i samodzielność. Znaczyło to, że nikt ich nie pilnował.
Pod koniec maja 1944 roku, tuż przed zmrokiem, Michał i Grzegorz przyjechali na urlop do Smerecznego.
Na drugi dzień wieczorem obaj przyszli do naszego domu.
Mój tato był dla Michała wujkiem. Mama postawiła na stół talerz z masłem, bochenek chleba, drugi talerz z owczą bryndzą i dzbanek z mlekiem. Jak na tamte czasy, kolacja była wyborna.
Ciekawych, dramatycznych i wzruszających do łez opowiadań, słuchaliśmy przez kilka godzin z zapartym tchem.
Czasami nachodziła człowieka refleksja, jak oni to przeżyli. Jakie okrucieństwa fizyczne, psychiczne może człowiek wytrzymać. Od "bauera" uciekli przed północą i nikt o ich ucieczce nic nie wiedział. Przez lasy przedzierali się do Polski trzy doby, tylko o wodzie. Przy sobie mieli jeden bochenek chleba.
W rejonie Cieszyna, w czwartym dniu, od Ślązaka otrzymali trochę jedzenia.
Pamiętam, że rano mama i tato nakazali nam, abyśmy nie mówili nikomu, że oni u nas byli.
Grzegorz i Michał, też w ciągu dnia poza dom się nie wystawiali. Więcej czasu obydwaj spędzali w lesie.
Zbierali grzyby, poziomki, maliny, czasami w lesie robili drzewo na opał.
W tym czasie partyzantów w lesie było tak dużo, że niemiecka straż graniczna, (żołnierze) po wsi już się nie szwendali. O ich przyjeździe, nie wiele ludzi wiedziało, a jeśli jeden drugiemu we wsi coś o nich mówił, to jedynie szeptem. Zresztą solidarność utrzymania wszelkiej tajemnicy we wsi, była wielka, nie było obawy iż ktoś zdradzi. Każdy wiedział jakie byłyby konsekwencje.
Cieszyła się Marysia (córka sołtysa), że Michał szczęśliwie i zdrowy powrócił. Czekała na niego 4-ry lata. Czasami tracili nadzieję oboje, czy uda się im być razem.
Gdyby nie podjął próby ucieczki, kto wie jaki mógłby być tego finał. Od tej chwili spotykali się codziennie. Tak bardzo się kochali, tyle razy przyrzekali sobie, miłość i wierność.
Odczytywali swoje telepatyczne myśli każdego dnia, może i stąd Michał musiał taką desperacką ucieczkę wybrać.
Dlatego że nie mógł Michał, to Marysia bardzo często w dzień przychodziła do jego domu. Spotykali się też bardzo często w lesie na grzybach, poziomkach. Byli już razem, stali na przeciwko siebie, trzymali się za ręce, całowali się, byli już bardzo szczęśliwi.
O takich radosnych chwilach Marysia marzyła. Od upragnionego ślubu dzielił ich tylko jeden krok. Ale ten krok był nadal bardzo długi, wciąż trwała wojna, okupant ciągle nas otaczał.
Front niemiecko-radziecki nadal był daleko poza granicami Polski ale nie było innej możliwości jak tylko cierpliwie czekać na lepsze czasy. I taką radosną nadzieją oboje żyli.
Rozpoczęły się sianokosy, prawie przy każdym gospodarstwie, skoro świt, odbijało się echo klepanych kos. Nieopodal z leśnych pagórków, po perlistej rosie, płynął piękny melodyjny ćwierk koników polnych i ptaków. Przed wschodem słońca, pojawili się na łąkach piersi kosiarze. To wspaniałe echo szumiących kos i ptasich melodii, wpisywało się w cudowny górski krajobraz.
Nadchodził czas żniwowania, wszyscy którzy się ukrywali powychodzili z kryjówek i jawnie na polach pomagali rodzicom w polu. Nikogo już się nie bali. Zbliżała się wolność, która nadchodziła razem z frontem. Armia Czerwona pukała już do polskich granic.
Mój brat Janek też wyszedł z dna sąsieku, w którym leżał przez trzy lata. Był wychudzony, blady, zdarzało się i tak, że przez cały tydzień słońca nie widział.
Michał z Marysią uśmiechnięci, uradowani, jawnie zaczęli spacerować po wsi. Na taki szczęśliwy dzień, czekali długo. I dał Bóg, że się doczekali. Jednym słowem we wsi zapanował nowy duch, duch radości. Gospodarze z wielkim entuzjazmem przygotowywali sprzęt do żniwowania. Byli już pewni, że obecnymi zbiorami nie będą się dzielić z okupantem.

Ostatnią niespodziankę, jaką żołnierze kasarni utrzymywali w tajemnicy przed mieszkańcami wsi, ujawnili dopiero na początku lipca. Być może w obawie przed partyzantami, aby nie próbowali wyprzedzić ich zamiarów.
Otóż podali do wiadomości, że jutro wyjeżdżają. Zaraz zażyczyli sobie, aby ich odwieziono furmankami ze wsi Smereczne do Nowego Sącza. W tej sprawie gmina przysłała policję, która wybrała we wsi najlepszych pięć par koni i pięć wozów, które podstawiono pod kasarnię. Niemcy załadowali na furmanki, walizki, broń a u gospodarzy wybrali dla siebie najładniejszych kilka sztuk jałówek, W pięć wozów i pod eskortą policji odjechali w kierunku Tylawy. Cała ta operacja, nie trwała dłużej niż półtorej godziny.
Z mojego domu zabrali dwa konie, jałówkę a na furmana wyznaczyli Janka, mojego brata, który przed czterema tygodniami wyszedł z kryjówki.
W Tylawie zorganizowali długi tabor składający się z pięciu placówek, tj. z Olchowca, Smerecznego, Krempnej i Jaślisk. W liczbie około 50 uzbrojonych żołnierzy, pojechali w kierunku Żmigrodu a dalej do Nowego Sącza. Aby im to wszystko odebrać, ludzie próbowali nawiązać kontakt z partyzantami, żeby zbrojnie odbili zrabowane bydło i konie. Próba kontaktu z partyzantami nie doszła do skutku, ponieważ w tym czasie partyzantka przegrupowała się w stronę Słowacji.
Furmanom (chłopcom) ze Smerecznego w Nowym Sączu żołnierze powiedzieli, że końmi pojadą aż do Niemiec. Pewnej nocy chłopcy zorganizowali się i zbiegli do lasu i po paru dniach powrócili do domu.
Jak daleko nasze koniki pojechały w kierunku Niemiec tego nie dowiedzieliśmy się już nigdy.
Front Armii Radzieckiej zbliżał się do Krosna. Walki między dwoma armiami świata były bardzo zacięte. Po obu stronach ginęło mnóstwo żołnierzy. Do Tylawy, Trzciany, Barwinka, Zyndranowej, Mszany, Smerecznego, Wilśni i Olchowca, Armia Radziecka przedzierała się od Rymanowa przez Zawadkę, Dalowę itd. Zanim front dotarł do Smerecznego, przeżyliśmy wiele ciekawych niespodzianek, smutnych, gorzkich i takich, które mroziły krew w żyłach. Wymienię kilka z nich: dwukrotnie na polach Smerecznego wylądowali w nocy rosyjscy spadochroniarze, którzy poszukiwani byli przez Gestapo w naszych domach. Była to druga połowa sierpnia 1944 roku.
Przeżycia były straszne, gdyby cokolwiek po nich znaleźli, wielu ludzi cywilnych skazanych zostałoby na karę śmierci. Mój brat Janek i Michał dostali w prezencie od partyzanta spadochron i na całe szczęście zakopali go w lesie ponad kilometr od domu. Posłuchali dobrych rad rodziców i dobrze, że posłuchali.
W potoku tuż obok naszych domów, zastrzelony został żołnierz, który służył w armii niemieckiej, z pochodzenia Jugosłowianin. Od tego miejsca gdzie on upadł byłem zaledwie 30 kroków. Pocisk przeleciał nad moją głową 20 centymetrów. Zdarzenie to widziałem na własne oczy, tak żołnierza umierającego jak i strzelającego.
Gestapo prowadziło przez parę dni wnikliwe śledztwo, baliśmy się aby winnego nie poszukiwali wśród nas.
Po jednej i po drugiej stronie granicy polsko-słowackiej, rozwiązane zostały sprzymierzone z Niemcami dywizje słowackie, z przyczyn zdrady dowództwa. Ten fakt doprowadził do ostrego konfliktu. Dywizje niemieckie, które zajęły po nich nasz teren, były agresywnie nastawieni przeciwko nam. Mścili się na nas, wyciągali ludzi z domów, do kopania okopów i różnych prac. Zabierali nam inwentarz, krowy, jałówki do wojskowych kuchni.
Na dwa tygodnie przed nadejściem frontu, na polach Wilśni i Olchowca, rozegrała się wielka bitwa pomiędzy Niemcami a Radziecką Dywizją, która przedarła się przez niemiecką linie frontu. Zażarty bój toczył się przez dwie doby. Po obu stronach zginęło mnóstwo żołnierzy, z czego po radzieckiej więcej, dlatego że zostali okrążeni. Na Smereczne rykoszetem spadło także kilka granatów moździerzowych. Jedna kobieta została lekko ranna w kolano.
Są to nie wszystkie przypadki, jakie musieliśmy przeżyć zanim nadszedł front. Za byle podejrzenie ze wspomnianych wyżej wydarzeń, wiele ludzi mogło utracić głowę, na parę tygodni przed wyzwoleniem.

W pierwszą niedzielę po 20-tym września 1944 roku, front dotarł do Smerecznego i rano przed godziną 6-tą okopał się na Górze Wapno od strony Tylawy. Heroiczną ofensywę na Smereczne otworzyła straszliwa kanonada artyleryjska z Mszany, Tylawy, Trzciany i Zawadki. Ogniem artylerii, waliło naraz około 500 grubych luf. (Ale o tym dalej).

Moja rodzina i ja w czasie okupacji.

Latem 1939 roku, w domu mojego taty było nas dużo. Wymienię wszystkich z imienia: tato Bazyli, mama Anastazja, ciotka taty Ksenia, siostra taty Maria, druga siostra Ewa, nas pięcioro, zacznę od najstarszego brata: Jan, Michał, Teodor, Aleksander czyli (ja) i siostra Marysia. W niedzielę często było nas o dwie osoby więcej tj. o babcię Marię i dziadka Bazylego (najmłodszy brat Wiesiek urodził się w 1943 roku)
Dziadek z babcią mieszkali w Dukli we młynie, tam pracował dziadek. Taki był stan rodziny przed wojną.
W niedzielę pierogi robiły trzy kobiety, a gotowane były w dwóch garnkach. Farsz do pierogów przeważnie przygotowany był z sera i ziemniaków albo z samej kapusty. Do obiadu dokładano drugi stół. Jesienią mama często robiła pierogi ze śliwkami (węgierki) lub z czarną jarzyną. No nie muszę mówić jaka w tedy była uczta. Tych pierogów zawsze zabrakło na obiad. Kiedy przypominam sobie ich smak, leci mi na nich jeszcze dzisiaj ślinka.
Z tamtego ciepłego lata, zapamiętałem ślub i wesele mojej cioci Marii. Za mąż wyszła do Hyrowy. Było to wesele widziane moimi oczami pierwsze i ostatnie aż do roku 1947. Pomimo, że miałem w tedy zaledwie siódmy rok, to muszę określić to tak, że byłem nim zauroczony. Zauroczony dlatego, że po raz pierwszy widziałem tańczących i śpiewających moich dziadków, rodziców, ciocie i stryjków. Było to dla mnie tak wielkie szczęśliwe i wesołe widowisko, jakiego w życiu już nigdy więcej nie widziałem. Następne wesele w naszej rodzinie, było po wojnie w 1947 roku, z udziałem małej grupki ludzi, bez rodziny, z małą orkiestrą, bez śpiewającego tłumu sąsiadów itd. itd.
Żenił się mój najstarszy brat Janek z Ulą Hruby ze Mszany. Ona w 1945 roku powróciła z Niemiec z przymusowych prac. Gdybym chciał te dwa widowiska ze sobą porównać, to z 1939 i to z 1947 roku, wyobraźnię mniej więcej można sprowadzić do tego, że w pierwszym przypadku oglądamy w kolorach Wiedeńską śpiewającą, roztańczoną wielką operę, a w drugim przenosimy się do skromnej świetlicy i oglądamy wiejskie przedstawienie.
Decydując się na plastyczną wyobraźnię, czułem potrzebę ujawnienia skutków barbarzyńskiej wojny, która zniweczyła całe ludzkie historyczne piękno. Tak pięknego widowiskowo wesela po wojnie już nie było.
Wracając do wątku okupacja, zacznę od mojego ojca, Bazyla Hrabskiego pierwsza porażka jaka go spotkała, to odebrano mu dubeltówki w 1939 roku. Był to dla niego straszliwy cios, na co dzień nie rozstawał się z nią, czyścił i pielęgnował ją w każdą wolną chwilę. W okresie późnej jesieni i zimą na polowanie wychodził dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Na swoje pola, pastwiska i do swojego lasu. Tego rodzaju przyjemności odziedziczył w genach po swoich przodkach. Zresztą mógł sobie na to pozwolić, bo był najbogatszym gospodarzem we wsi. Też i do nazwiska miał przydomek on i jego praprzodkowie "Hrabski", to też coś oznaczało. Z tych obchodów wynikało i wiele korzyści, wypoczynek, relaks, przyjemność i trochę ekologicznej dziczyzny.
Drugą dolegliwością dla niego było służenie okupantowi. Tego obowiązku nie mógł wytrzymać. Przez dwa lata musiał być do dyspozycji łącznie z parą koników na ich służbowe i prywatne wyjazdy, dwa lub trzy razy w tygodniu. Jednego razu przydarzył się ojcu bardzo groźny wypadek.
Pojechał do Krosna saniami z chorym niemieckim żołnierzem w asyście drugiego wojskowego. Przy szpitalu tato i ten drugi żołnierz, prowadzili pod rękę chorego do budynku. Przejeżdżający obok koników samochód, złośliwie użył sygnału. Młode koniki, spłoszyły się urwały lejce i pognały ulicami krosna. W czasie tej dzikiej ucieczki sanie potrąciły kilka osób, jedna z nich w stanie ciężkim trafiła do szpitala. Zaś konie z ciężkich ran na nogach i piersiach, tato musiał leczył sam przez kilka miesięcy. Ponadto tato mocno za to od Niemców oberwał.
Nie lubił także kontyngentów, szarwarków, ucieczek przed łapankami. To przecież ogromnie przeszkadzało w prowadzeniu gospodarstwa.
Przypadło mu też trudne jak na czasy okupacyjne, niebezpieczne zadanie. Ukrywał w naszym domu i przewoził w różne miejsca nocą, trzy osobową rodzinę żydowską. Był odważny, to prawda, ale za to groziła śmierć.
Do wręcz dywersyjnej roboty tato dobierał sobie mężczyzn ze wsi i nocą wydobywali ręcznie ropę naftową z szybów, eksploatowanych przez okupanta. Na taką akcję wybierano 5-ciu mocnych mężczyzn, parę koni, wóz i dwie 200-stu litrowe beczki. Dwóch stało na warcie, pozostali pompowali ropę do beczek (dwa szyby były na polach Smerecznego). Ten produkt tato destylował w lesie na ognisku i otrzymywał z niego ponad 220 litrów nafty, 100 litrów benzyny, reszta to olej i smary. Te produkty dla wsi były bardzo potrzebne. Spróbujmy sobie wyobrazić, gdyby Niemcy przy takiej robocie ich napotkali. Nafta trafiała do użytkowników ponad połowy wsi. Pod koniec wojny udzielał odpowiedzialnej pomocy dla partyzantów radzieckich. Nie wymieniłem wszystkich faktów, bo nie jest możliwe.

Mój dziadek, też Bazyli mieszkał w Dukli. Już przed wojną pracował w spółce żydowskiej w młynie. Za wynagrodzenie otrzymał od spółki notarialny papier, który określał jego współudział w jakiejś małej części młyna.
Za czasów okupacji, pozostał tam pracując za bardzo symboliczne wynagrodzenie, po prostu jako przymusowy robotnik. Ze względu na pacyfikację Żydów i konfiskowanie im mienia, dziadek współudział w młynie też utracił. Przez okres trzech lat, dziadek i babcia mieli na utrzymaniu troje Żydów. Jeden z mieszkańców Dukli dobry kolega dziadka, dał im schronienie w piwnicy, natomiast dziadek z babcią nosili im jedzenie.
Pamiętamy wszyscy, bądź wiemy z historycznych pamiętników, że wiele ludzi w czasie okupacji cierpiało głód z przyczyn różnych. Dziadek i babcia wynosili ukradkiem z młyna mąkę, otręby i wkładali do umówionych kryjówek. Pomagali w ten sposób kilku rodzinom w Dukli przeżyć ciężkie czasy. Kombinowanie to odbywało się z zapasów niemieckich. Kara za taki proceder była bardzo wysoka. Z tytułu urządzanych różnych akcji przez okupanta, dziadek z babcią wiele nocy nie przespali, obawiając się wpadki. W takiej sytuacji, każdy kto sprzeniewierzał się okupantowi, z góry wiedział jaka spotka go kara.

Ciocia Ewa mieszkała razem z nami do połowy 1941 roku. Ona jako 19-sto letnia dziewczyna była skazana do wywozu na przymusowe roboty do Niemiec.
Przez jeden rok ukrywała się u nas, na strychu w kryjówce pod słomą. Sposób ukrywania się na początku okupacji wyglądał mniej więcej tak. W ciągu dnia przebywała w mieszkaniu, z tym, że ciągle czuwaliśmy nad tym, by ktoś nie znany nam, nie zbliżył się do naszego domu. Jeśli taka sytuacja zaistniała, wtedy wybiegała i chowała się do kryjówki. Natomiast całą noc zawsze spała w kryjówce. Nalot na nasz dom, gminna policja urządziła kilka razy, na szczęście każdy z nich na czas był wykryty. Schron był dobrze pomyślany, wchodziła do niego z obory, przez otwieraną klapę w suficie. Jego wielkość to 2 metry kwadratowe i 80 centymetrów wysoki. Wygodnie mogły spać dwie osoby. Sufit tego schronu wykonany był z dużej lnianej płachty, po to, aby nie był wyczuwalny kłuciem bagnetu. W latach następnych przeniosła się do zamężnej siostry Marii Czupryńskiej, która mieszkała na górze w Hyrowie nie dostępnej dla policji. Na tej górze w lesie, urzędowała partyzantka, której policja bała się. Tam też nie było łatwo, bo od czasu do czasu, przedostawali się przebierańcy bądź konfidenci, którzy również potrafili stamtąd zabrać i pod bronią doprowadzić do posterunku.

Mój brat Jan, w 1942 roku ukończył 16 lat i od momentu otrzymania karty na wyjazd do Niemiec, zaczął się ukrywać. Czas jego ciernistej drogi trwał równe 2 lata. Jego kryjówki to las i kopki siana w okresie lata. Zimą w dzień siedział w domu, przy naszym ostrym dyżurowaniu. W nocy spał na przemian w skrzyni pod jednometrową pryzmą zbożalub nad stajnią w kryjówce po cioci Ewie. W tym czasie został trzy razy złapany przez policję, jeden raz przy posiłku, drugi raz przy goleniu. Za każdym razem był w domu sam. Trzeci raz na polu. Wyglądało to tak, że Policjanci przyjeżdżali rowerami prosto do naszego domu i okrążali go. Jednak miał pecha i padał ofiarą. Zakuwali zaraz w kajdanki i prowadzili go na posterunek, a potem odwozili go z większą grupą za druty do punktów zbiorczych. Tam pilnowani byli przez strażników, czekali na zbiorowy transport do Niemiec. Jankowi udało się uciec trzy razy. Pierwszy raz zbiegł kiedy ich dużą grupę prowadzili pieszo przez las do pociągu. Uciekło w tedy kilkunastu, udogodnił im to las.
Drugi raz, z baraków, z za wysokiego ogrodzenia. Strażnicy prowadzili ich na kolację, kilkunastu z dużej grupy rzuciło się na płot, część z nich została ranna i spadła z płotu do środka ogrodzenia, część zbiegła.
Trzeci raz kiedy odwoził Niemców naszymi końmi do Nowego Sącza. Jeden z żołnierzy starszy wiekiem powyżej 50-tki, w czasie jazdy, powiedział Jankowi mniej więcej takie słowa: "Teraz ja ciebie osobiście przypilnuję, że zawieziesz mnie aż na moje podwórko, nie uciekniesz mi gagatku" Ucieczkę zorganizowali odważni i mocni chłopcy. Najpierw zamroczyli dwóch wartowników a potem związali ich i poszli spokojnie w las. Do domu wracali przeważnie bezpiecznie lasami, bo w tym czasie w lesie urzędowali tylko partyzanci.
Opiszę przebieg pierwszej ucieczki. Akcja miała miejsce blisko Krakowa. Niemcy trzymali około 60 osób przez kilka dni w budynku ogrodzonym wysokim płotem. Stamtąd mieli ich wywieść pociągiem. Po obiedzie prowadzili ich około 10 kilometrów do pociągu w jednej dużej grupie. W czasie marszu pilnowało ich 6-ciu żandarmów. Jednak odważniejsi chłopcy porozumieli się, że w dogodnym miejscu w lesie na hasło " hura" dokonają ucieczki. I właśnie taki las, z niewysoką skarpa im się nadarzył. Hasło padło "hura" i wtedy co najmniej jedna trzecia odważnych susem rzuciła się w las. Za nimi zaczęła się ostra strzelanina, byli i ranni, ale nikogo nie zdołali zawrócić. Janek do domu miał około 50 kilometrów idąc na przełaj. W jednym kierunku w stronę Dukli szło ich 6-ciu. Do domu bez żadnego posiłku szedł dwa dni. Jedynym ich pokarmem były leśne źródełka z wodą.
Wczesnym rankiem czekał na mnie, w gęstej leszczynie na naszym polu, a konkretnie na Żbyrii. Na tym pastwisku ja każdego ranka pasłem dwie krowy prowadząc je na łańcuchu. Kiedy usłyszałem jego głos, zdrętwiałem z wrażenia, z radości, z ciekawości. W pierwszej chwili nie dowierzałem, że to może być prawdą, że ja słyszę jego głos. Najpierw spojrzałem w niebo, po drugim odgłosie, na wysokie gęste leszczyny. Wtedy on rozchylił gałęzie i zobaczyłem go stojącego 10 kroków ode mnie. Od razu z radości zapłakałem, zatrzęsły mi się usta, ręce i nogi, trzęsłem się cały. To było radosne, szalone, cudowne i nieziemskie przeżycie. Wskoczyłem od razu w jego objęcia. Po chwili oddałem mu swój chleb i pobiegłem do domu po mamę. Z mamą przynieśliśmy więcej jedzenia, ciepłe odzienie i w tych krzakach pozostał aż do wieczora. Mama pozostała z nim ponad godzinę, słuchając jego relacji. Opowiadał, że najpierw przez parę dni siedział w Dukli w areszcie, bili i pytali gdzie się ukrywają młode osoby ze Smerecznego i wymieniali nazwiska, miedzy nimi pytali: o ciocię Ewę, stryjka Grzegorza, Janka Honczara, Janka Bugla itd.

Brat Michał od 1942 roku (kiedy miał 14 lat) zamieszkał w Dukli u dziadka i stamtąd uczęszczał do gimnazjum do 1944 roku. Jego te wszystkie bolesne przeżycia ominęły. Nie znaczy to, że nie musiał się ukrywać. Również parę razy szukali go ci granatowi z Tylawy. Jak sobie przypominam, zawsze kiedy przyjeżdżał na niedzielę do domu, przychodzili do niego sąsiedzi z prośbą aby pisał listy do Niemiec do ich synów, córek. Wręcz za każdym razem czekali na niego.
Jedną z niespodzianek jaką przysporzył rodzicom tuż na kilka dni przed frontem to to, że wybrał się z bliskim kuzynem Michałem B. na okopy opuszczone przez dywizje słowackie. Trzeba o tym fakcie napisać tak. Podjęli bezmyślną decyzję, ponieważ mogli tam zginąć, nawet bez banalnego hasła "achtung". Na okopach pozostała broń, amunicja, wojskowy sprzęt pod okiem niemieckego wermachtu. Każdy kto tam się znajdował był partyzantem. Wydali by sami na siebie wyrok. To opatrzność Boska sprawiła, że stamtąd powrócili.
Ale co ciekawsze, że z tej wycieczki powrócili dopiero po dwóch dniach, mimo tego, że ze Smerecznego do okopów było zaledwie 4 kilometry. Jednak Niemcy tam byli i pilnowali. Żeby nie zostali zauważeni, leżeli w chaszczach, nie ruszając nawet palcem w bucie. Na ten czas, wojskiem niemieckim, cały nasz teren był naszpilkowany. Front był już koło Krosna. Wojna była tuż za progiem domu. W czasie pierwszej radzieckie ofensywy na Smereczne, Michał był tylko centymetry od śmierci. Siedział przykucnięty za kobietą, która uderzona odłamkiem od artyleryjskiego pocisku, wyszeptało tylko słowo umieram (o tym w szczegółach będzie dalej.)

Brat Teodor. Kiedy Niemcy przekroczyli granice Polski, Teodor miał trochę ponad 9 lat. Kiedy Smereczne zostało wyzwolone on już miał ukończone 14 lat. Bardzo dużo ciężaru związanego z pracą na gospodarstwie spadło na niego.
Cały główny filar zdolny do ciężkiej pracy w polu ukrywał się, to znaczy ciocia Ewa i bracia Janek i Michał. Podstawową rolą w gospodarstwie Teodora, było pasienie inwentarza. A obok tego zajęcia, Teodor pomagał ojcu wozić na budowę kasarni kamienie, żwir, deski i bale drewniane itd. Nie pomijając prace przy zbiorze siana i zbóż.
W czasie ostatniej akcji "łapanka" jaką Niemcy urządzili pod koniec lutego, tato uciekł z ludźmi do lasu, natomiast Teodor w pozycji klęczącej pod pomostem stajni, w kale gęsim i kaczym, przesiedział 6 godzin. Temperatura otoczenia na zewnątrz wynosiła +2 stopnie. Gdyby się nie ukrył na pewno by go zabrali. Kiedy poszliśmy z mamą po niego i stamtąd go wydobyliśmy, on już zesztywniał. Nie mógł ustać prosto na nogach i poruszać się. Zaciągnęliśmy go prawie sztywnego do domu. Natychmiast zdjęliśmy z niego mokre ubranie i całym wysiłkiem nas troje rozcieraliśmy mu skórę na nogach i rękach. Dopiero po godzinie czasu zaczął ruszać nogami i rękami.
Na półtora tygodnia przed nadejściem frontu, każdego dnia zabierali go do kopania okopów dla obrony niemieckiej. Na rękach miał białe wypukłe pęcherze. Z bólu płakał, ale kopać musiał. Niemcy od roboty zwolnić nikogo nie chcieli. Litości też nie mieli. Największy ciężar pracy na gospodarstwie, spadł na niego, podobnie i tej szarwarcznej, bezpłatnej, dla okupanta.

Siostra Marysia, brat Wiesiek i ja. Ta trójka w czasie okupacji była najmłodsza. We wrześniu 1939 roku ja miałem ukończone 7-em lat, Marysia 5, a Wiesiek urodził się w 1943 roku.
Nas wojna i czasy okupacji pozbawiły dobrego dzieciństwa w szerokim znaczeniu. Poczynając od letnich zbiorowych wakacji, edukacji szkolnej, prawdziwej rodzicielskiej miłości, czułej opieki a nawet smaku młodzieńczych marzeń. Nie wspominając już o tym, że nie mieliśmy najmniejszych możliwości rozkoszowania się słodyczami w postaci: cukierków, czekolady, słodkich kruchych ciastek itd. Nie było nic na półkach i zero możliwości. Świat bajek był zamknięty na całe 5 lat.
Akurat my troje zabawek kupowanych nie mieliśmy. Mając 6, 7, 8-em lat strugałem sam patyczki, przekrawałem buraka i coś tam kombinowałem dla siebie i siostry. To był jedyny arsenał zabawkowy.
W okresie zimy często jedliśmy nie smarowany chleb, popijając zbożową kawą bez cukru. Całe lato musiałem paść krowy rano i po obiedzie, a w przerwie obiadowej pilnowałem gęsi.
Do spółki z siostrą Marysią bawiliśmy i karmiliśmy najmłodszego brata Wieśka. Pamiętam, że zamiast cukierka, wsypywaliśmy do szmatki trochę cukru i wkładaliśmy mu do buzi. Bardzo się tym rarytasem cieszył. Z czasów okupacji zapamiętałem niemiłe dla mnie dwa zdarzenia. W tym pierwszym zostałem podprowadzony przez starszych kolegów, po prostu pochytrzyłem się. Niemcy z kasarni w pierwszym lasku nad wsią Smereczne w Kamieniku, mieli urządzony przystanek z zielonych jodłowych gałęzi. Było to ukryte w gęstwinie przy ścieżce. W środku szałasu była ławeczka i dwa grube pnie, na których stawiali przed sobą piwo. Chłopcy podpuścili mnie, że w środku w szałasie są duże niedopałki, od cygara i od papierosów. I diabeł mnie tam poniósł. Szybko pobiegłem i od razu na śmiałego, wszedłem do środka. Na moje nieszczęście siedziało ich w tym momencie dwóch, odpoczywali.
Ze strachu zbladłem a nogi wrosły mi do ziemi. No i zaczęło się od "komm, komm"
Najpierw sprawdzili mi kieszenie co przy sobie mam, coś pytali, a potem na mnie się bardzo darli. Na końcu położyli mnie na pieńku i dostałem trzy mocne kije. Siną pupę miałem prze kilka tygodni. Kiedy mnie puścili wydarłem od nich ile sił, ze strachu pomyliłem kierunki. Zamiast uciekać do domu, ja uciekałem w przeciwnym kierunku do Wilśni.
Drugi raz wybrałem się do cioci Czupińskiej na góry do Hyrowy. Za wsią Mszana w pierwszym zagajniku na pieszym szlaku ze Smerecznego do Dukli, siedziało dwóch wojskowych w mundurach niemieckich. Zatrzymali mnie, zrewidowali i trzymali mnie przy sobie przez kilka godzin. Obok nich leżał duży czarny pies. Tych dwóch wojskowych ja nigdy nie widziałem. Obydwaj mieli pistolety maszynowe a ze szyi zwisały im lornetki, przez które co chwila obserwowali cały teren. W tym zagajniku siedzieli aż do zachodu słońca. Wracając do Tylawy, zaprowadzili mnie do sołtysa w Mszanie. Sołtys poszukał kogoś, kto trochę umiał po niemiecku i wypytali mnie skąd jestem i dokąd szedłem. Dalej wyjaśniałem, że ciągle u ciotki bawię małe dziecko. Pytali też, czy są tam "banditen" Przez ciemny las przy dużym zmroku, sam wracałem do domu. Następny raz do cioci, szedłem drogą a nie polnymi ścieżkami.
Taki mniej więcej nasze dzieciństwo miało urok w czasie okupacji. Mimo młodego wieku, z tamtych lat wiele doświadczyłem prawie jak dorosły. Poznałem czym jest wojna, jakimi rządzi się prawami i co było w tym czasie najcenniejsze. Bez wątpienia, życie i zdrowie.

Bardzo lubiłem ciocię Marię i dwóch stryjków, Grzegorza i Teodora.
Ciocia Maria z mężem Janem w czasie okupacji, pobudowali się na wysokiej górze nad Duklą i Cergową w przecudownym miejscu. Z tej góry przy słonecznej pogodzie widać było miasto Dukla i Krosno oddalone o około 30 km w linii prostej.
Przez trzy lata w krótkich terminach pomagałem im bawić dzieci i paść krowy.
Była to moja symboliczna pomoc, ale dla nich dwoje, miała bezcenną wartość. Na kilka dni przed frontem, ciocia Maria, ciocia Ewa, Babcia z Dukli, przyjechały do nas, z myślą, że w Smerecznem będzie łatwiej przeżyć front. Tymczasem stało się całkiem odwrotnie, To w Smerecznym rozegrała się najcięższa bitwa, która trwała przez dwanaście dni.

Zasługują na przypomnienie

Smereczanie, moi sąsiedzi, których zapamiętałem, wzorową pracą i dobrymi uczynkami, przyczynili się do rozwoju wsi. Ciągłą aktywnością dążyli do jej zamożności wspaniałego wizerunku, a byli nimi: Bugiel Teodor i Paweł, Nacyn Bazyli, Pychacz Jan, Hrabscy Bazyli i Grzegorz, Kucyrka Bazyli, Łański Jan, Gubik Bazyli, Fylyp Filip, Bugiel Bazyli, Seńko Bazyli, Pychać Andrzej, Repak Michał, Repak Teodor, Buriak Mikołaj. Ten ostatni był filarem od strony intelektualnej. To jedyny mieszkaniec z czasów przedwojennych, który posiadał ponad powszechne wykształcenie. Pracował parę lat w gminie, zajmując stanowisko urzędnika gminy. On pisał dla całej wsi pisma, podania, odwołania, skargi itd. To Mikołaj Brodiw, jedyny pisał artykuły do gazet, wiersze i dzieje Smerecznego, przed i po I-ej Wojnie Światowej.
Należałoby także wymienić nazwiskami, tych mężczyzn, którzy współpracowali z partyzantami w roku 1943 i 44, ale znam oficjalnie tylko dwa, a działało takich 5-ciu albo 6-ciu, nie chciałbym zrobić pomyłki, aby kogoś nie pominąć lub wymienić takiego co nie zasłużył.
Największy wkład w przebudowie Smerecznego wnosili ci mężczyźni, którzy wyjeżdżali na zarobki nawet po dwa i trzy razy za Ocean. Za przywiezione pieniądze budowali chałupy, zakładali nowe gospodarstwa. Odkupili od Żydów ziemię, którą poprzednio oni zagarnęli od ludzi za ta zwaną lichwę. Przypomnę także, że w czasie I-szej wojny światowej, Autriacy wieś spalili do ostatniego budynku. Po trzech latach odbudowano ją w stu procentach. To za pieniądze zarobione w Ameryce, Argentynie i Brazylii. Byli to pracowici i oddani ludzie dla swojego historycznego miejsca odziedziczonego po swoich przodkach.
Warto też wiedzieć, że w naszych Karpatach, przed I-wszą wojną światową, jak i w czasie międzywojennym, wieśniakowi zarobkową pracę trudno było znaleźć. Nie tylko u siebie, a nawet w całym kraju. Dlatego mężczyźni i nie tylko oni, wyjeżdżali na zarobek do Ameryki, Brazyli, Argentyny, Francji itd. Źródeł do pozyskania pieniędzy u siebie było niewiele: sprzedaż drzewa opałowego lub dłużycy budowlanej, które trzeba było wieźć konikiem powyżej 30-tu kilometrów, ten zarobek często nie pokrywał kosztów, ale potrzebny był pieniądz w gotówce. Sprzedaż wyrobów rzemiosła drewnianego, kamiennego oraz wypalanego z gliny, w ilościach małych, zbywanych tylko na miejskich targach, sprzedaż nadwyżek płodów rolnych i produktów pochodzenia zwierzęcego, w postaci sera, masła, śmietany, żywej rogacizny, ewentualnie zboże, na targowiskach.
Pozyskane z tej sprzedaży pieniądze były w symbolicznej ilości. Taka była rzeczywistość.

Ciąg dalszy już wkrótce

Tytuły następnych rozdziałów
Kasarnia i wyzwolenie Olchowca
Kasarnia i wyzwolenie Barwinka
Bitwa o Smereczne (śmierć Michała)
Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
409

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 9 i 5: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 12 osób
Logowanie