• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część I-sza
 

GINĄCA NATURA

Leszek Hrabski (autor wspomnień)

Jesteśmy od kilkunastu lat, na progu ginącego świata, i boję się, że jeszcze trochę, a w naszej pamięci zamaże się i nam seniorom, istnienie wielu wsi i przeuroczych zakątków Łemkowszczyny. Następne pokolenia nie wybaczą nam, że nie przekazaliśmy im przynajmniej skromnych opisowych obrazów, naszej małej ojczyzny. Wieś Wilśnia, bo o niej chcę kilkanaście stronic napisać, już nie istnieje tak jak i wiele dziesiątków innych wsi łemkowskich Beskidu Niskiego.
Początek tej smutnej historii, powziął się od pamiętnej bitwy stoczonej pomiędzy dwoma wielkimi armiami świata w 1944 roku to jest, wyzwoleńczą Armią Radziecką i pokonaną Armią Hitlerowską. Następną zasadniczą przyczyną zamierania wielu wsi, stał się proces wysiedlania ludności do byłego Związku Radzieckiego i na Zachodnie Ziemie Polski. Szczegóły opiszę w zasadniczym temacie. Byłem tego naocznym świadkiem. Wtedy miałem 12 lat i byłem mieszkańcem Smerecznego


Wilśnia i jej okolice

Niewiele ludzi żyje w Polsce, którzy mogą odtworzyć autentyczny obraz wsi Wilśnia, ustalić wszystkie nazwiska i imiona żyjących tam kiedyś ludzi. Na dzień dzisiejszy, w okolicach Legnicy żyje jedyna osoba, która pochodzi rodem z Wilśni jest nią Maria Chabik oraz Mikołaj i Teresa Lidas rodzeństwo mieszkające obecnie koło Zielonej Góry.
Zaraz po wyzwoleniu we wsi, pozostała tylko jej mama Śp. Warwara i ona, mająca zaledwie 14 lat. One dwie, nie wyraziły ochoty na wyjazd z innymi pokrewnymi mieszkańcami na wyjazd do Sowieckiej Rosji przed zimą 1944 roku.
Postanowiły pozostać na skromnej ojcowiźnie. Aby przeczekać do wiosny, schroniły się w pobliskiej wsi Olchowiec u znajomych. Dalszy ich los, do 1947 roku przedstawię w poszczególnych opisach opowiadania. Z dużym szacunkiem pragnę podkreślić, że po części osobistego zaangażowania Marysi, powstaje niniejsza legenda o pięknej małej wsi Wilśnia.
Moje pierwsze kontakty z Wilśnią, rozpoczęły się kiedy miałem 4-ry lata, za pośrednictwem kilku osób i kilku faktów.
Miałem w Wilśni wujka o nazwisku Buriak Andrzej, zapamiętałem dobrze jego rzęsisty czarny wąs i dubeltówkę, którą opierał w rogu przy piecu w izbie kuchennej, kiedy składał wizytę moim rodzicom. A bywał u nas często.
Drugi znamienny przykład, to osoba znana na okolicę o pseudonimie "Byndas", którego określić mogę "człowiekiem lasu".
Trzeci fakt, to że dzieci w wieku szkolnym uczęszczały do szkoły w Smerecznym, z którymi często się stykałem po zakończonych lekcjach.
Pierwszy raz w Wilśni byłem na otwarciu i poświęceniu Cerkwi prawosławnej, kiedy miałem 3 i pół roku.
Wszystkie podane przypadki omówię w szczegółach w oddzielnych wątkach opowiadania, przedkładając to na obraz żyjącej społeczności w biednej wsi Wilśnia, położonej na obrzeżu Polski przy granicy ze Słowacją na kierunku południowym.
Po prawdzie prywatne bukowe lasy Wilśni oraz pastwiska o niskiej wydajności, stykały się z oznakowanym pasem granicznym, z trudnym do nich dojazdem nawet konnym.
Pozostałe tereny Wilśni od zachodu graniczyły z Olchowcem, od północy z małą wsią Ropianka i od strony wschodniej ze wsią Smereczne, przez którą przejeżdżali furmankami do gminy Tylawa, do m. Dukla i powiatowego miasta Krosno.
Wieś Wilśnia swoje istnienie zapoczątkowała jako kolonia dużej wsi Olchowiec. Być może po około 50-ciu, 60-ciu latach po zaistnieniu Olchowca, jeszcze jako wolna polana dla wypasu owiec. Z czasem powstawały tam nowe chatki w górę rzeczki Wilśnianka w stronę góry Byrdźjawa.
Źródła pisane podają, że w 1880 roku, było tam już powyżej 25 samodzielnych gospodarstw w których żyło około 190-ciu mieszkańców.
Z początkiem II-ej wojny światowej, wieś Wilśnia powiększyła liczbę domów do 35 samodzielnych gospodarstw.
Opierając się o powyższe cyfry, można sądzić, że przy tak małym tempie rozwoju, proces powstawania wsi mógł trwać około 350 do 400 lat. Można by założyć, że pierwsze wypasy owiec odbywały się już z początkiem XVII w.
Warto dla jaśniejszego obrazu zaznaczyć, że w kompleksie łemkowskich wsi na Dukielszczyźnie, do najmniejszych wsi należały : Smereczne, Ropianka i Wilśnia. Było faktem, że obszarowo Wilśnia była większa od Smerecznego i Ropianki razem wziętych. Jednak w Ropiance i Smerecznym było 65 gospodarstw, t.j. ponad dwa razy więcej niż w Wilśni.
Jednak natura nie była łaskawa dla tego zakątka ziemi i sprawiła, że w tym wielkim obszarze Wilśni, znajdowało się ponad 50% bukowych lasów i kamienistych pól porośniętych niedostępną dla ludzkiej i zwierzęcej nogi tarniną.
I choć przeciętnie na każde gospodarstwo w Wilśni przypadało około 20 hektarów gruntów, to ziemi uprawnej nie miał nikt więcej niż 1,5 do 2,5 hektara.
Kamienista rola nie dość, że była trudna do uprawy, to nie obfitowała wydajnością plonów. Na dodatek dużego zróżnicowania naturalnej rzeźby terenu sprawiło, że około 90% gruntów uprawianych, usytuowane były na trudno dostępnych górkach. Dojść do nich można było jedynie pieszo, co także przekładało się i na taki sam sposób zbierania plonów.
W licznych przypadkach po wysuszeniu siana lub snopów zboża, domownicy przynosili je do gospodarstwa na plecach w dużych lnianych płachtach, bądź w powrozach, upychając je pod strzechy drewnianych chatek.
Uzyskiwane w taki sposób zbiory w postaci surowca, czy ziemiopłodów bezpośrednio konsumpcyjnych, w wielu przypadkach nie pokrywały nawet kosztów mozolnej pracy. Ciężko żyło się ludziom w tej wsi, na tej ziemi, która nie gwarantowała całorocznego wyżywienia rodziny.
Akurat w przypadku Wilśnian, ilość posiadanego gruntu, nie miała dla gospodarza większego znaczenia, a nadmiar kamienia polnego był tak bogaty, że prawie każde gospodarstwo bez trudu budowało z niego ogrodzenie całej posesji.
Łemkowie w każdym przypadku potrafili sobie odpowiednio zaradzić. W przypadku Wilśni, nastawiano się na hodowlę owiec i kóz oraz bydła mięsnego, które spełniały dwie ważne role. W pierwszym rzędzie, dobierano gatunek owiec i kóz dojnych do pozyskiwania mleka, z którego wyrabiano sery i bryndzę z przeznaczeniem do sprzedaży bądź do wymiany na mąkę lub zboże. Sztuki mięsne, jak" barany, wolce, capy, ubijano na własne spożycie, nadwyżkę sprzedawano za gotówkę.
Natura Wilśnię wyposażyła w bukowe lasy oraz w nieprzebrane dobra runa leśnego jak; grzyby, poziomki, maliny, lecznicze gatunki ziół itp.
Zbierały to wszystko kobiety, potem wynosiły na plecach do Dukli, Krośna, Żmigroda i tam sprzedawano za niewielką gotówkę, jednak wsparcie dla domowego budżetu było dobre.
Mężczyźni zajmowali się przygotowywaniem do sprzedaży opałowego drzewa, które po przesuszeniu wywozili furmankami do Dukli, Krosna i pobliskich krośnieńskich wsi.
Za jedną furmankę drzewa, otrzymywali 10 lub 11 złotych. Przeliczając ten zarobek na jedną godzinę pracy mężczyzny razem z koniem i wozem, dawało to około 35 groszy. Tymczasem drzewo oddawane było już za darmo. (cały urok tej pracy i zarobku, pokażę w dalszej części).
Najstarsi założyciele Wilśni, kierując się wzorem swoich przodków, pobudowali chałupki tak blisko koryta rzeczki po obu jej stronach, że zabrakło na wytyczenie ziemi pod wiejską dróżkę. Dlatego też przejazd wzdłuż wsi prowadził w kilku miejscach po dnie koryta rzeczki Wilśnianka. Było to duże utrudnienie dla mieszkańców, szczególnie podczas opadów deszczu.
Równocześnie ówczesne władze gminy, powiatu, też nie wykazywały wielkiej troski o dobro życia swoich obywateli, bo droga prowadząca ze Smerecznego do Wilśni nie była utwardzona, a jedynie wytyczona przez podmokłe pola. W dni deszczowe przejazd furmanką był wielkim problemem.
Ludzie w różnym wieku, jak i ci niesprawni fizycznie, na zakupy, lub w sprawach towarzyskich odwiedzin, czy po sprawach służbowych, chodzili pieszo, udeptanymi szlakami szczytami gór w stronę Tylawy, Dukli czy Olchowca.
Nie narzekali, nie czuli zmęczenia, a wręcz odwrotnie, byli szczęśliwi, tryskali humorem i radością. Idąc po górach śpiewali, nucili melodie, cieszyli się wolnym i niezależnym życiem.
Pomimo codziennych dużych niedogodności, swoją wieś, swoje góry, strumyki i te duże prahistoryczne głazy, kochali. Kochali Wilśnię za jej piękny krajobraz, za zdrową i czystą wodę, nie skażone powietrze, którym codziennie oddychali pełną piersią. Bezgranicznie kochali także, otaczającą ich bogatą przyrodę, a także własne życiodajne lasy.
I prawda, krajobraz i przeurocze widoki Wilśni z lotu ptaka były niepowtarzalne. Pierwsze zetknięcie z tak cudowną szatą, przedstawiało obraz oliwnego gaju. Pikantność tego niezwykłego uroku, wzbogacała, każda pora roku swoimi barwnymi kolorami. Że przypomnę, kwitnące czereśnie, którymi usłane były wszystkie pagórki, pola, sady i lasy. W porze zakwitania, tworzyły one obraz, jak wielki upleciony wieniec.
Wieś Wilśnia, ulokowana była w niewielkiej dolinie, poprzecinana potoczkami, strumykami, obok których wyrastały niewysokie góry, niekształtne garby, podzielone porośniętymi tarniną miedzami i ścieżkami. Rozluźniona zabudowa drewnianymi chatkami, wypełniała puste luki, stwarzając wielką architektoniczną całość. Na dodatek, cały ton radosnego życia, nagłaśniało o każdej porze, liczne ptactwo, jakie prawem natury, zagnieździło się wedle własnej, nieposkromnionej samowoli.
Tą kochającą przez Wilśnian, wielobarwną z natury dolinę, otaczały takie góry jak: Byrdźjawa, Studenyj Werch, Dyrwyska, Kyjasz oraz Kurij Werch.
Czyż można wymarzyć sobie piękniejszej okolicy, na tym zaśmieconym świecie ?
Myślę tak. I napewno nie mylę się, że to niełatwe życie jakie Wilśnianie dźwigali na własnych ramionach, w pełni wynagrodziła im otaczająca ich barwna i bogata przyroda.
Że Wilśnianie zakochani byli w swojej krainie, świadczy i taki fakt, że w całej wsi było zaledwie kilka powtarzających się nazwisk a między innymi taki: Sywułycz, Chabik, Romańczak, Buriak, Dułeba, Fedak i Hawrylak. Pełną listę nazwisk pokażę na oddzielnej stronie. Pozwala to wysnuć tezę, że z małżeństwami, nie wychodzono poza rodzimą wieś. Raczej kojarzono je po sąsiedzku, dobierając pary z własnego środowiska.
Podobne nazwiska jakie wymieniłem powyżej, spotykano na sąsiednich wioskach i tak: w Smerecznym jedno, w Tyla-wie dwa, w Ropiance jedno i w Olchowcu aż cztery.
Kolejna teza jaką można postawić, a mianowicie, że Wilśnię na początek zasiedlały co najmniej cztery wioski.
Z dawniejszych wspomnień wielu ludzi, Wilśnia słynęła z przekazywania wiele historycznych legend aż po zbójnickie włącznie. Zaś środowiska babskie, pomawiano o zdolności czarowania, w szczególności młodych mężczyzn.
Jeszcze ostrzejszym sporem wśród sąsiadek, było zaczarowywanie krów, które natychmiast traciły mleko. Na tym tle dochodziło do częstych kłótni pomiędzy sąsiadami, które przeradzały się kilkuletnią nienawiść.
Kilkoro ludzi miało i takie tajemne zdolności, że potrafili zabajać (zaklinać) żmiji jad. To znaczy, że ukąszony człowiek przez żmiję, został wyleczony bez pomocy lekarza i zastrzyków. I to były niezaprzeczalne fakty. Na to było wiele potwierdzonych dowodów. Ta jakże skuteczna pomoc dla ludzi pokrzywdzonych przez żmije, (żmij było dużo wszędzie) przetrwała aż do 1944 roku.
Byłem i ja naocznym świadkiem bajania. Miałem możność poznać takie zdarzenie osobiście. Mojego kolegę użądliła żmija w nogę w okolicy kostki. W ciągu dwóch godzin, noga łącznie z kolanem napuchła do podwójnej objętości. Zagrożenie przesuwało się coraz wyżej. Ból i cierpienie 14-to letniego bojsa był niesamowity. Rodzina zamarła w lęku i z przerażenia. Posłaniec na grzbiecie konia, natychmiast pognał po uzdrowiciela do Wilśni na maksymalnej szybkości.
Po godzinie czasu odbył się już seans. Widziałem, że do pomocy magicznego zaklinania, mężczyzna wyciągnął z płóciennej torby jakieś kolorowe kamyczki, wyostrzonych na ostro kilka twardych patyczków i poprosił nas o nóż.
Z tych precjozów, układał jakieś figury, stożki, trójkąciki, kwadraciki, coś do nich przemawiał. Po czym odsunął się i nie dotykając nogi, rozpoczął szeptem jakieś magiczne modły. Nam obserwującym kazał się odsunąć na kilkanaście kroków. Po kilku dniach ból ustąpił, opuchlizna zeszła i noga stała się całkowicie sprawna. Tego rodzaju udzielanej pomocy, na wioskach było dziesiątki w tamtych zamierzchłych czasach.
Często dręczy mnie zapamiętane widowisko, ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić na czym ta sztuka polegała.
Takim bajaniem w Wilśni popisywał się tylko jeden mężczyzna, który tej tajemnicy nie zdążył przekazać już nikomu.
Na inne schorzenia lub dolegliwości jak; ból głowy, żołądka, kaszel, ból stawów, owrzodzenia, okaleczenia ciała, starsze kobiety miały przygotowane zioła lecznicze oraz własnoręcznie wypalane z drzewnej kory maści, które w wysokim procencie absolutnie skutkowały. Tak samo z pełną gwarancją za życie dziecka, kobiety odbierały wszystkie porody.
Akurat tą sytuację spróbuję usprawiedliwić, ponieważ były to czasy szczególne. Na lekarza, na szpital, na kontynuowanie rehabilitacji, ludzie nie mieli pieniędzy. Ponadto istniał wielki problem z dowiezieniem chorego do lekarza lub szpitala. Do dyspozycji była tylko konna furmanka na kamieniste drogi, na której można było jedynie choremu przyspieszyć śmierć. Wobec tego nikt nie chciał ryzykować. Zdawano się wobec tego na łaskę Boga i własne bajanie lub cudowne zioła, którymi Beskidzkie lasy, potoki i pagórki, były usłane.
W latach przedwojennych w Wilśni było tylko jedno płatne stanowisko pracy, utworzone przez gospodarzy z Tylawy i Smerecznego, którzy posiadali dużo prywatnego lasu.
Zajmował go przez kilkadziesiąt lat Andrzej Buriak, też rolnik i gospodarz z Wilśni.
Do czasu rozpętania przez zachodnie państwa drugiej wojny światowej w Europie, większość młodych mężczyzn wyjeżdżało na zarobki do Ameryki. Niektórzy zachęceni pracą i gwarantowanymi zarobkami, byli nawet i po dwa razy. Jak na tamte czasy, była to jedyna możliwość, zarobienia większej sumy gotówki, którą przeznaczano na potrzeby gospodarstwa.
Na początku XX wieku, znaczna ilość młodych chłopców, pozostała na stałe w Ameryce. Założyli tam rodziny. Za zarobione pieniądze, kupowali ziemię i organizowali duże rolne farmy. Specjalizowali się potem w wielkotowarowej produkcji.
Do rodzinnego kraju przesyłali, rodzicom, braciom i siostrom dolary w formie pomocy rodzinnej. Pomimo dużych odległości jakie dzieliły Wilśnie od Ameryki, to jednak pozostawali nadal w silnych związkach rodzinnych. Pamiętali o swoich bliskich, nie zapominali także, jak trudno było zarobić choćby małego grosza w starym porzuconym przez nich kraju.
Bardzo ważnymi obowiązkami w okresie zimy, jakie spoczywały na kobietach, starcach i dorosłych dzieciach było; przędzenie lnu, konopi, wełny owczej i przerabianie tego surowca na płótno i sukno.
Była to długa, specjalistyczna i pracochłonna domowa robota. Od momentu zbioru z pola, zaś w przypadku owiec ostrzyżenia wełny, mijały tygodnie obróbki, zanim uzyskało się z tego surowca półprodukt w postaci skręconych nici.
W największym skrócie proces ten przebiegał tak; zebrany len w snopkach był moczony i suszony, i tak na przemian, przez parę tygodni. Następnie łamano go i czesano na ręcznych urządzeniach do momentu pozbycia się badyli. Obróbka, to czesanie na szczotkach aż do uzyskania czystej, prostej, ładnej przędzy nadającej się na prządkę lub kądziel.
Ostatnią pracą do uzyskania półproduktu w postaci nici, było przędzenie.
W przypadku wełny owczej, wstępnie skubano ją misternie palcami, w celu pozbycia się brudu i splecionych kłębów. Drugą czynnością i już podstawową, to czesanie ręczne na czesarkach aż do uzyskania przejrzystego puchu podobnego do aptekarskiej waty. Taki szlachetny puch brano do przędzenia.
Z tych półproduktów, wyrabiano domowym sposobem na krosnach i innych urządzeniach płótno i sukno.
Materiał z lnu przeznaczało się na bieliznę, męską i damską. Koszule i bluzki oraz spodnie. Z gorszego materiału szyte były worki i płachty.
Z sukna owczego, szyto kurtki dla dzieci i mężczyzn, chołośnie czyli ciepłe spodnie i męskie peleryny czyli czuhy.
Jednym słowem wyrazić to należy tak, była to domowa fabryka odzieży. Niemniej jednak wymagało to wielkich umiejętności, zegarmistrzowskiej dokładności i anielskiej cierpliwości.
I w takiej to bogatej i uroczej przyrodzie, przebiegało wiejskie życie Wilśnian od wschodu do zachodu słońca i od wiosny aż do późnej zimy, przez kilka stuleci.
Wilśnia także miała swoich legendarnych ludzi i wybijające się postacie. Jej mieszkańcy jak nikt inny, przeżyli dwukrotny wojenny szok w 1944 r. i wiele związanych z tym wydarzeń. W Wilśni młoda para zresztą tak jak i wszędzie, przeżyła tragiczny miłosny zawód, warty poznania.
Przedstawię to wszystko w dalszych opowiadaniach.

Gajowy

Tak go nazywali przez dziesiątki lat. Ale słowo Gajowy według mnie określa funkcję służbową. A konkretnie gajowy jest to pracownik nadleśnictwa chroniący przydzieloną mu część lasu.
Natomiast Andrzej Buriak, mieszkaniec Wilśni zwany gajowym, był dozorcą części prywatnych lasów chłopskich i żydowskich. Były one własnością gospodarzy Tylawy, Barwinka, Smerecznego i małej części Wilśni.
Opłacany on był z prywatnych kieszeni rolników. Ponadto nie miał on takich uprawnień służbowych i przywilejów, jakie przysługiwały pracownikowi nadleśnictwa państwowego. Nie przysługiwało mu także prawo nietykalności, na takich zasadach jak pracownikowi państwowemu.
Podejmując się piastowania tej służby na wielkim obszarze lasów, ryzykował własnym życiem. W dodatku nie korzystał on z żadnego ubezpieczenia na wypadek życia lub kalectwa. Przedkładając ten temat, przepraszam za tak obszerną wykładnię.
Andrzej Buriak o którym mowa powyżej, wykonujący codzienny obchód powierzonego mu terenu, wstępował do naszego domu dwa i trzy razy w tygodniu. Nie sprawiało mu to żadnej trudności, bo przechodził blisko naszych zabudowań. Pamiętam, że moja mama i tato, przy każdej rozmowie tytułowali go szwagrem. Ten tytuł familijny, powiązany był z rodziną mamy z okresu panieństwa.
Przemierzając niemal każdego dnia znaczną odległość od Wilśni aż po Tylawę i Barwinek, po drodze napotykał wielu znajomych ludzi. W rozmowie z nimi, miał możność poznania wiele wydarzeń, plotek , kłótni, jakie obejmowały każdą wieś. Był on nie tylko kurierem, przenoszącym tego rodzaju wieści , ale także, wędrującą swoistą legendą.
Trzeba mu oddać honor, bo przekazywał je barwnie i o znakomitym smaku. Umiał też każdego odpowiednio podejść, że informacje uzyskiwał z najdrobniejszymi szczegółami.
Przebywał u nas często wiele godzin. Zasiadał z nami do śniadania lub obiadu, prowadząc zabawny temat, które z nadmiaru śmiechu, powalały nas z nóg.
Był to człowiek wesoły, o wielkim poczuciu humoru, lekkiego i dowcipnego żartu. Jemu nie trzeba było opowiadać śmiesznych żartów, aby sprowokować go do śmiechu, ale wystarczyło go o to poprosić, a rechotał się na zamówienie.
Ale, ale, jego śmiech był tak zaraźliwy, że nikomu nie był obojętny, podnosił nawet i ciężko chorego na nogi.
Dzięki niemu wszystkie wieści z okolicznych wsi, znaliśmy w detalach z pierwszej ręki. Był on bardzo sympatycznym człowiekiem o charakterystycznym perlistym uśmiechu i miłym spojrzeniu. A jako mężczyzna , był średniego wzrostu , krępej budowy z grubym czarnym wąsem na wesołej twarzy.
Z moim tatą, byli sobie oddanymi kolegami, nawet i z tej racji, że obaj przed wojną, posiadali dubeltówki i często razem polowali na zwierzynę. Tato w jego obecności, mógł swobodnie korzystać z większego terenu łowieckiego.
Było mu to bardzo na rękę. Towarzyszyli sobie i zarazem rywalizowali w łatwym zdobywaniu taniego łupu.
Ja i moi bracia, wołaliśmy na niego wujku. Chyba był to taki rodzinny rytuał i obowiązek. To dzięki niemu, dzięki jego opowiadaniom, miałem możliwość od czterech lat życia, poznać okoliczne wioski takie jak; Wilśnię, Olchowiec, Tylawę itd.
Zapamiętałem jego charakterystyczny nawyk. Zawsze kiedy miał wejść do mieszkania a posiadał przy sobie broń, rozbierał ją na podwórku i dopiero przekraczał próg mieszkania.
A przy tym powtarzał, że każda broń, jeden raz w życiu sama odpala i twierdził dalej, że jej na to, pozwolić nie chce.
Przypominam sobie takie jego opowiadanie, mianowicie jaką miał w lesie przygodę; "Była to już ciepła wiosna. Wybrałem się do lasu bardzo wczesnym rankiem. W miejscach gęstych drzew, widoczność była tylko na odległościach krótkich. Postanowiłem chwilkę przeczekać, po czym ruszyłem po cichutku do przodu o kilkaset metrów. Zatrzymało mnie duże hałasowanie srok. Z doświadczenia wiedziałem, że coś niedaleko mnie się znajduje, że nie jestem w tym miejscu sam. Zaś byłem pewny siebie, że na moją obecność, na pewno tak wściekle się nie drą, ponieważ wszedłem bardzo po cichutku.
Usiadłem pod grubego buka, strzelbę położyłem na kolana i rozglądałem się dookoła siebie. Po kilkunastu minutach, zauważyłem przed sobą, poruszające się gałązki i czubki badyli malin. Jeszcze niczego nie byłem w stanie dobrze rozpoznać, więc w tej pozycji pozostałem nie ruszając się chwilę dłużej.
Patrząc nieustannie w ten sam punkt, rozpoznawałem rogi jeleni. Odległość nie była dobra na oddanie strzału.
Podczołgałem się bliżej i jako fachowiec z wieloletnią praktyką, wybierałem zwierzę ze starą sierścią kwalifikującą się do odstrzału. Byłem w pozycji komfortowej, zwierzęta się popasały świeżo rozwiniętymi listkami malin. Nie spieszyłem się.
Byłem nieco podniecony, jak to w takiej chwili bywa, nie mniej jednak, towarzyszyła mi równocześnie i radość z tytułu jakiegoś nieokreślonego szczęścia.
W momencie kiedy składałem się do strzału, najpierw usły-szałem nad głową świst kuli, a potem strzał z karabinu.
Zamarłem zdezorientowany, po czym usłyszałem dudnienie kopyt, uciekającego stada jeleni tuż obok mnie.
Strzał z karabinu padł z mojej przeciwnej strony, z odległości nie większej niż 100 metrów.
Pierwszym mocnym odruchem, to pochyliłem głowę w stronę kolan i tak pozostałem. Natychmiast przez głowę przeleciała mi myśl, czy strzał nie był wymierzony we mnie? Z odbezpieczoną bronią leżałem na ziemi ze wzrokiem wlepionym, w kierunku oddanego strzału.
Przez 40 minut panowała grobowa cisza. Ja tymczasem rozmyślałem czy dobrze się zachowałem czy też nie.
Moja zimna krew i towarzysząca rozwaga, na tak nie jasny przypadek, nakazywały mi przeczekać. A jeśli był to kłusownik ten oddający strzał, nie wiadomo jak by się zachował na mój widok. No przecież byłem osobą znaną na okolicę. Moim obowiązkiem było pilnowanie wszystkiego, łącznie ze znajdującą się tam zwierzyną. Nie wiem do dnia dzisiejszego mówił dalej Gajowy Andrzej, kto to był i do kogo został oddany strzał. To miejsce skąd zbiegła zwierzyna, sprawdziłem dopiero po 5-ciu godzinach. Śladu krwi nie znalazłem.
Jeleni w tym miejscu była duża grupka, może nawet więcej niż dziesięć sztuk, zakończył rozgoryczony Buriak".

Inne zdarzenie, które Andrzejowi podniosło czapkę na głowie miało miejsce, w głębokim bukowym lesie w czasie kiedy na drzewach nie było już liści. Na ten czas była mroźna ale jeszcze bezśnieżna jesień.
"Wracałem do domu, mówi Buriak i przypadkowo znalazłem się poza moim terenem.
Idąc, słońce miałem za plecami. Do zachodu brakowało jeszcze około jednej godziny. Wcale nie myślałem, że może mi się po drodze przytrafić jakaś zwierzyna. Zresztą broń miałem rozładowaną ponieważ przechodziłem poza miejscem wyznaczonym dla mnie. Nagle pada strzał, a drobny śrut z dubeltówki, zaszeleścił po gałęziach stojącego przede mną potężnego buka.
Po chwili około dziesięć metrów, spada z drzewa na ziemię kłębek kudłatego zwierzęcia. Stanąłem w miejscu jak wryty, bo działo się to wszystko zaledwie kilkanaście kroków.
Z przodu podbiega do mnie myśliwy, z flintą w rękach i przeprasza mnie następującymi słowami. "Proszę mi wybaczyć, miałem pod słońce i patrzyłem w górę na drzewo, zjawił się pan bardzo niespodziewanie. Nie widziałem pana".
Podając mi rękę, poprosił mnie abyśmy razem podeszli do upolowanej zwierzyny.
Na ziemi leżał nieżywy ryś. Nie muszę objaśniać, że ryś jest zwierzyną drapieżną i kiedy jest głodny może zaatakować nawet człowieka.
Akurat miałem przechodzić pod tym drzewem, na którym siedział ryś. I kto wie, czy on w tym czasie był najedzony, czy głodny? A może byłbym jego ofiarą? A może musiałbym z nim stoczyć walkę? Nie wiem, czy nie powinienem był podziękować tamtemu myśliwemu za wybawienie mnie z kłopotu."

Następne przeżycia Andrzeja, pokażę w kolejnych rozdziałach.

Ciąg dalszy już wkrótce
Tytuły następnych rozdziałów:
- Człowiek lasu
- Furmanką do lasu
- Cerkiew prawosławna
- Hitlerowska okupacja
- Pozostał w lesie
- Mikołaj i Hania
- Schyłek okupacji
- Ginąca natura
- Próba lądowania
- Bój o Wilśnię 1944 r.
- Nazwiska rodzin z Wilśni
- Zabrali mi mamę
- Ligasowie
- Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
514

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 8 i 7: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 8 osób
Logowanie