• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część VI-ta
 

"Życie Łemka" - Fedor Gocz

Od dawna nosiłem się z myślą napisania, chociażby w skrócie, czegoś w rodzaju autobiografii, która byłaby podobna do życiowych dróg innych Łemków mojego pokolenia, mieszkańców Karpat. Los Łemków, tych żyjących w Karpatach i tych porozrzucanych po całym świecie, był i jest smutny i tragiczny. Największa tragedia dokonała się w Polsce po drugiej wojnie światowej.
Od tamtego strasznego roku, kiedy rozpoczęto dzieło zniszczenia nas samych i naszej kultury, upłynęło już ponad 50 lat - to smutny jubileusz początku końca naszego istnienia w Karpatach na Łemkowszczyźnie. Rok 1947 był bowiem rokiem, w którym miało tutaj przestać istnieć wszystko co nie polskie. Było to dla Łemków poniekąd uwieńczenie dzieła rozpoczętego przez Niemcy hitlerowskie w momencie agresji na Polskę w 1939 r.
Lata hitlerowskiej okupacji nie wróżyły jeszcze naszej tragedii tuż po "zwycięstwie" i rozbiciu niemieckiej potęgi militarnej.
Porozumienie o dobrowolnym przesiedleniu na wschód zostało podpisane między Związkiem Radzieckim a Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego już w 1944 r. Jednak Łemkowie do końca nie wierzyli, że będą ich wyganiać z ojczystej ziemi, z rodzinnych domów na wschód i na zachód pod eskortą wojska. Jednakże taka była wola i rozkazy ówczesnych stalinowskich władz, Polska z kolei, niezależnie od ustroju, bez protestów tę wolę wypełniała z przyczyn znanych nie tylko historykom. Światu natomiast podano preteksty i zafałszowaną historię.
Pisząc te wspomnienia korzystam z notatek, które powstały w różnych okresach mego życia, widzę jednak teraz, że jest ich stanowczo za mało, a wiele faktów umknęło z pamięci. Przepraszam Czytelników, którzy odniosą wrażenie, że w niektórych miejscach czegoś brakuje.
Wielu moich przyjaciół, kolegów i działaczy nie zna faktów z mojego życia, nikomu nie wspominałem o swoich cierpieniach z okresu młodości. Nie mogłem, - opuszczając więzienne mury zostałem poinstruowany, że w przypadku zdradzenia komukolwiek zakazanych informacji, wydam na siebie wyrok.
Przyszedł jednak czas, żeby wszystkie życiowe tajemnice odkryć i powiedzieć prawdę o tym, jakie niedole, zgryzoty i cierpienia przeżywałem ja sam, moja rodzina i ziomkowie.
Dedykuję te wspomnienia członkom mojej rodziny: tym najstarszym, synom, wnukom oraz mieszkańcom Zyndranowej i wszystkim Łemkom żyjącym tu w Polsce i poza jej granicami.

Fedor Gocz




CZĘŚĆ VI-ta i ostatnia



Założenie rodziny i budowa domu

W kwietniu 1961 r. zawarłem związek małżeński. Moja żona mieszkała z rodzicami w woj. szczecińskim. Sprowadziłem ją do Zyndranowej. To były trudne czasy. W starym domu mieszkała ciotka z mężem i pięciorgiem dzieci. Razem z nami 9 osób. Ale ciotka rozpoczęła już budowę nowego domu i w grudniu 1963 r przeniosła się do nowego budynku postawionego na placu jej męża. Stara łemkowska "chyża", którą nazywaliśmy "Pysariowa" - (nazwa od pradziadka pisarza) była bardzo zniszczona, głównie słomiany dach. W czasie deszczu woda lała się do środka. Nie mieliśmy pieniędzy ani czasu, bo nadeszła zima, żeby naprawiać dach.
Ojciec napisał z Kanady list, że oni oboje z matką po przejściu na emeryturę, chcieliby wrócić do rodzinnej wioski i tutaj spędzić resztę życia. Zacząłem więc budować dom taki, żeby i dla nich było miejsce. Latem 1966 r. po raz drugi przyjechała w odwiedziny matka z siostrą Lubą i zobaczyła w jakich warunkach żyjemy. Żona od 1. 09. 1963 r. dostała pracę w szkole w Zyndranowej. Akurat było wolne miejsce. Ciotka zostawiła nam jedną krowę i parę kur. Z matką uzgodniliśmy, że trzeba budować nowy dom przy ich pomocy. Zaczęliśmy gromadzić fundusze. Rodzice w Kanadzie opłacili pustaki akermany. Drewno miałem swoje z lasu po pradziadku Kukiele w spółce "Ostra". Budowa domu szła powoli, nie było materiałów i nielekko było ich dowieść. Do wioski prowadziły dwie bardzo kiepskie polne drogi, jedna z Barwinka, druga z Tylawy. Kupiłem motocykl "Panonia"i jeździłem to za cegłą, to za pustakami, wapnem i cementem. Ile to kosztowało trudu i zdrowia to tylko ja wiem i Pan Bóg. Do dzisiaj dokucza mi reumatyzm w przeziębionych rękach i nogach od jazdy na motorze. Majstrom i robotnikom w czasie budowy trzeba było przygotowywać posiłki. Te obowiązki spadły na żonę. Uczyła w szkole po 6 godzin i musiała jeszcze gotować obiady dla kilkunastu osób. Lżej było tylko w czasie wakacji. Jeszcze nie rozpoczęliśmy na dobre budowy, kiedy w 1965 r. urodził się starszy syn Roman. Fundamenty budynku powstały jesienią 1964 r. Do jeszcze nie ukończonego domu wprowadziliśmy się w grudniu 1968 r. po trzech latach od rozpoczęcia budowy. Do zamieszkania nadawały się tylko pomieszczenia na parterze, Jak mogli tak pomagali rodzice, głównie mama. Przysyłali paczki z obuwiem i odzieżą. Do starej odzieży zaszywali dolary. Tylko dzięki takiej pomocy mogliśmy prowadzić budowę. W nowym domu nie mieliśmy żadnych mebli. Kupiliśmy tylko łóżka i szafę na odzież. Na pierwszym, nie ukończonym jeszcze piętrze, postawiliśmy żelazne łóżka, gdzie mogli spać dość często odwiedzający nas goście z kraju i z zagranicy.
Wiele czasu trzeba było poświęcić wychowaniu małego dziecka, a nie mieliśmy go za dużo. Żona pracowała w szkole, ja zajmowałem się budową. Postanowiliśmy wziąć do dziecka opiekunkę. Pomagała nam też w wychowywaniu syna ciotka i jej córka. Zabierali go ze sobą do pracy w polu.
W 1969 r. przyjechali do nas na stałe rodzice żony i oni zajęli się już opieką wnuka i pomagali nam przy gospodarstwie.
W starym "pysariowim" domu 18. 08. 68 r. otwarto, na wniosek działaczy Łemkowskiej Sekcji, a głównie Pawła Stefanowskiego, "Izbę Pamiątek Kultury Łemkowskiej", w której zaczęliśmy gromadzić resztki zniszczonej kultury materialnej Łemków. Główny budynek z 1860 r. trzeba było ratować przed deszczami i gniciem drewna. Łemkowski Sojuz z Ameryki dał 500 dolarów na pokrycie dachu. Za te pieniądze z Pawem Stefanowskim , przewodniczącym Rady Muzeum, kupiliśmy gonty, o kiczki było już trudno. Niektóre miejsca pokryliśmy papą.
16 kwietnia 1968 r. w Toronto zmarł nagle i niespodziewanie na atak serca mój ojciec. Miał 62 lata. Akurat w tym czasie kiedy kierownik odbierał telegram o śmierci ojca, byłem na poczcie. Na pogrzeb nie mogłem pojechać. Polskie władze nie dawały mi paszportu, a kanadyjskie wizy. Dla władz byłem kryminalistą i chuliganem. Zapłakałem po cichu, wsiadłem na motor i pjechałem do domu. Żona była w pracy, kiedy wróciła powiedziałem jej, że już nie mam ojca i pochowają go beze mnie. Żal nas ogarnął wielki. Synek Roman miał dopiero trzy lata i nic nie rozumiał. To była dla nas, całej rodziny smutna wiosna. Dalej pracowałem przy budowie domu, starałem się ratować stare budynki do których lał deszcz. Nie miałem pieniędzy. Zarobki żony były mizerne. Ale potem mama i brat, w miarę swoich możliwości, zaczęli nam pomagać.
W uzgodnieniu z rodzicami dom budowaliśmy dość duży z myślą, że i oni w nim zamieszkają. Jednak taki dom na wsi jest dość niepraktyczny. Trudno go utrzymać, a zimą ogrzać. Ale ten dom to mój jedyny majątek. Nigdy ani ojciec, ani matka nie przyjechali mieszkać razem z nami. Leżą oboje na cmentarzu w Toronto na Weston Rdeet.

PIĄTEK 7 CZERWCA
ZMARŁ MIKOŁAJ GOCZ

Szerokim echem rozniosła się smutna i niespodziewana wiadomość przekazywana telefonicznie rodzinie, mieszkańcom rodzinnej wsi, krajanom i znajomym. Ja i wszyscy czytelnicy "Karpatskiej Rusi" dowiedzieliśmy się, że 16. kwietnia o godz. 9 wieczorem zmarł nagle i niespodziewanie na atak serca MIKOŁAJ GOCZ. Miał 61 lat.
Ś.p. Mikołaj przyszedł z pracy jak zawsze, ale po kolacji rozmawiał telefonicznie z krajanami, bo tego samego dnia zmarła w Montrealu Anastazja Biłyj pochodząca z Lipowca. Pogrzeb jej miał się odbyć 19 kwietnia. Zmarła była ś. p. Mikołaja kumą, która trzymała jego córkę do chrztu. I chociaż było to wieczorem zawiadamiał znajomych, z niektórymi rozmawiał i po dwa razy.
Potem poszedł do sklepu, bo zabrakło mu papierosów. Jego żona Anna wiedziała, że ś. p. Mikołaj lubił zatrzymać się dłużej w sklepie i nie czekając na niego po całodziennym trudzie udała się na odpoczynek. W krótkim czasie ś. p. Mikołaj wrócił ze sklepu wcześniej, podobno poczuł się źle. Pozamykał drzwi, pogasił światło i położył się obok żony. Za kilka sekund żona poczuła dwa ciężkie oddechy i zapytała: "Czy ty żartujesz?" i zaraz zapaliła światło. Ale po trzecim ciężkim oddech ś. p. Mikołaj nie odpowiedział ani słowa.
I chociaż w krótkim czasie przyjechało pogotowie ratunkowe to już nie uratowano jego życia. Na żal lekarz stwierdził zgon.
Ś. p. Mikołaj urodził się 22. Listopada 1906 r. we wsi Zyndranowa pow. Krosno na Łemkowszczyźnie. W 1929 r. ożenił się z Anną Macek. Po roku czasu zostawił młodą żonę oraz małego syna Teodora i wyjechał do Kanady. Po siedmiu miesiącach urodził się drugi syn Wanio, który jest nam wszystkim znany, bo w 1963 r. był w odwiedziny z łemkowską grupą w Starym Kraju. Wydał on parę płyt z łemkowskimi piosenkami i melodiami, między innymi "Podróż po Łemkowszczyźnie".
Ś. p. Mikołaj przyjechał do Kanady w 1930 r. i zatrzymał się w mieście Montreal. W tym czasie szeroko znana była depresja. Ś. p. Mikołajowi udało się przejść granicę i odwiedzić starszego brata Stefana w Nowym Jorku. Tutaj zatrzymał się aż 7 lat. W 1938 roku powrócił do Kanady, do miasta Toronto, w którym przeżył 30 lat.
Nie można pominąć i tego, że chociaż przeszkodziła depresja, potem druga wojna światowa to ś. p. Mikołaj nie zapominał nigdy o swojej żonie i synach. I chociaż minęło 18 lat to Jego marzenie spełniło się.
W 1948 r. sprowadził żonę i młodszego syna Wania, a do roku czasu urodziła się jeszcze w Kanadzie córka Luba. Syn Wanio i córka Luba bardzo dużo stracili, stracili swego drogiego Tatę.
A co tyczy syna Teodora, który został w Starym Kraju, to zaszła przeszkoda i dlatego żyje w Starym Kraju w rodzinnej wsi Zyndranowa. Ale jak czytamy w "Karpackiej Rusi" i słyszymy od kursantów to jest on tam potrzebny.
Dalej chcę wspomnieć, że tak jak ś. p. Mikołaj nie zapominał o swojej żonie i synach, tak i nie ulegał zbałamuconym ludziom. Kochał swoją żonę, synów, swój naród i ojczystą ziemię Łemkowszczyznę.
W 1961 r. nie żałował pieniędzy i trudu, odwiedził ojczyste strony, a przede wszystkim starszego syna Teodora, a przy tym gospodarkę naszych pobratymców, którzy tak niemiłosiernie, przy socjalistycznym porządku w dwudziestym wieku opustoszyli nasz rodzinny kraj.
Po powrocie z kraju do Kanady próbował wyjaśnić znajomym krajanom, jak wygląda teraz Łemkowszczyzna, no na żal nie wszyscy uwierzyli Jego słowom, bo w krótkim czasie i tutaj w Toronto wyrzekli się gazety "Karpatska Ruś", która stała i stoi w obronie naszego narodu i naszej pradziadów ziemi.

Pogrzeb odbył się w sobotę 20 kwietnia 1968 r. z pogrzebowego domu "Kardynał" i w ukraińskiej prawosławnej cerkwi. Pochował Go ksiądz Ferencda.
Wdowa po ś. p. Mikołaju, Anna, syn Wanio i córka Luba składają szczere i serdeczne podziękowanie wszystkim, którzy wieńcami upiększyli grób ś. p. Mikołaja. Był także złożony wieniec od Lemko - Sojuza z Ameryki. Tak samo dziękują oni wszystkim, którzy wzięli udział w pogrzebie, bo prawie 50 samochodów odprowadzało ś. p. Mikołaja na miejsce wiecznego spoczynku.
Ś. p. Mikołaj zostawił w wielkim smutku i żalu żonę, córkę Lubę, którą kochał ponad wszystko, myślał że na stare lata będzie im pomocna, syna Wania, synową Mery i 3 wnuków. A w Zyndranowej syna Teodora z żoną i wnukiem. Poza tym na Florydzie starszego brata Stefana i siostrę Marysię na Ukrainie.
A przy tym wdowa Anna i bliska rodzina składa serdeczne podziękowanie i tym, którzy przyjechali z daleka i byli obecnymi: szwagier Iwan Macek z Bruklina, córka brata Marysia z Dżerzi Siti i z Lemko - Sojuza redaktor K. R. Stefan Kiczura.
Ciało ś. p. Mikołaja przekazano kanadyjskiej ziemi na cmentarzu Sanktuarium Park przy głównych ulicach: Rojal Jork Rowd i Dikson Rowd. Uczestników pogrzebu, wdowa Anna zaprosiła do swojego domu na pożegnalny poczęstunek. Dom ten ś. p. Mikołaj zbudował sam, a tak krótko w nim żył, bo tylko 12 lat.
Niech będzie ś. p. Mikołajowi, czytelnikowi K. R. i patriocie ojczystej ziemi Łemkowszczyzny, kanadyjska ziemia lekka jak pióro, a Twoja żona Anna, syn Teodor i syn Wanio, córka Luba, synowe i cztery wnuki nie zapomną Cię nigdy a także Twojej nagłej i niespodziewanej śmierci.
Spoczywaj spokojnym snem mój Mężu i nasz Tatu! Ty pamiętałeś o nas, taki my nie zapomnimy o Tobie, jak długo będziemy żyć.

Wieczna Ci pamięć!
Krajan i wierny przyjaciel
Mikołaj Stefura


Moje uniwersytety
Jak już wspomniałem szkołę początkową ukończyłem w rodzinnej wiosce Zyndranowa. Były to cztery klasy, jednak, aby ukończyć je trzeba było chodzić dwa lata do trzeciej klasy i trzy lata do czwartej klasy. W 1944 r. w czasie niemieckiej okupacji ukończyłem 7 klas ukraińskiej szkoły w Dukli i w lipcu zdałem egzamin do gimnazjum w Jarosławiu. Ale nadszedł front, a z nim koniec nauki. Potem uczyłem się krawiectwa, naukę kontynuowałem w więzieniu w Wiśniczu Nowym ale żadnego świadectwa nie otrzymałem. Aż w 1961 r. zrobiłem w Rzeszowie dyplom czeladnika, a w 1971 mistrza krawiectwa.
Po założeniu rodziny mieszkałem na wsi i prowadziłem gospodarstwo rolne. Uważałem, że należy uzupełnić wiedzę rolniczą. W 1974 r. rozpocząłem naukę w Technikum Rolniczym w Trzcinicy koło Jasła i tam zdałem maturę. W 1979 r. ukończyłem Studium Ekonomii Rolnictwa. Na tym zakończyłem swoją edukację, ponieważ trzeba było na co dzień zajmować się ochroną pamiątek kultury i rozwojem muzeum. I to, wydaje mi się, dało więcej dla społeczności Lemkowskiej niż moja ewentualna nauka i dążenie do zdobywania tytułów naukowych. Niektórzy moi koledzy źle mnie oceniają ponieważ dla nich liczy się tylko tytuł naukowy. I być może mają rację, tylko, że ja już nic w swoim życiu nie zmienię. To ciężkie i gorzkie życie dało mi odpowiedni tytuł. O człowieku i jego wartości świadczą nie tylko tytuły naukowe, ale przede wszystkim jego praca, działalność i życie.
Moje uniwersytety to aresztowania, trudna służba wojskowa, liczne prześladowania jako członka mniejszości narodowej. Życie moje było dla mnie najlepszym uniwersytetem.
Dalej mieszkałem na wsi i mój żywot podobny był do życia innych Łemków, którzy wrócili w góry po 1956 r. Moja praca była jednak trochę inna od pracy prawdziwych rolników ponieważ cały czas zajmowałem się działalnością kulturalną. Stworzyliśmy kilka zespołów muzycznych i teatralnych w Polanach, Olchowcu, Grabiu, Tylawie. Cały czas działał i zmieniał swój repertuar zespół w Zyndranowej, przygotowywał nowe sztuki, a muzykanci po próbach często w soboty i niedziele grali na potańcówkach dla młodzieży.

Wyjazd do Kanady
Po śmierci ojca w 1968 r. mama i brat dalej starali się o pozwolenie na mój wyjazd do Kanady. Pomogła w tej sprawie żona brata Meri. Opowiedziała dyrektorowi firmy w której pracowała o moich kłopotach z otrzymaniem polskiego paszportu i kanadyjskiej wizy. Dyrektor miał znajomości w odpowiednich urzędach i obiecał pomóc. I pomógł. Ambasada Kanady w Warszwaie przychylnie ustosunkowała się do mojej prośby o wydanie wizy, a w Polsce władze zmieniły trochę swój stosunek do mniejszości.
I tak oto w 1973 r. zacząłem szykować się do dalekiej podróży za morze. Pierwszy raz w życiu leciałem samolotem. Dostałem wizę na trzy miesiące, ale nie wiedziałem jak długo będę w Kanadzie, czy w ogóle wrócę. Zostawiłem w rodzinnej wiosce na Łemkowszczyźnie żonę i dwóch małych synków. Trudno było mi rozstawać się z nimi, ale nigdy o tym nikomu nie mówiłem. Żona widziała moją radość i namawiała mnie do wyjazdu. Spotkanie z mamą, bratem i siostrą na lotnisku w Toronto było wzruszające, były łzy i radość.
Przywieźli mnie do domu zbudowanego ciężką pracą przez ojca i matkę. Goszczono mnie bardzo serdecznie, ale i rodzina i ja trochę popłakiwaliśmy. Nie chciało się wierzyć, że po długich i trudnych staraniach jestem razem z nimi. I tylko jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi - dlaczego mnie tak prześladowano, tak długo nie pozwolono na wyjazd. Nie byłem ani kryminalistą, ani chuliganem, a za takiego uważali mnie polscy i kanadyjscy intryganci polityczni. Ale na szczęście te czasy pomału mijały. Zmienił się stosunek władz kanadyjskich do komunistycznej Polski. Zmieniła się również polityka państwa polskiego w stosunku do państw zachodnich.
Przez tydzień czasu czułem się gościem, ale co robić dalej. Było lato i trzeba było czymś zająć się. Mama, siostra i brat nie szukali dla mnie pracy. Cieszyli się, że jestem z nimi i chcieli, żebym dobrze odpoczął. Jedzenia nie brakowało, ani u mamy, ani u brata. Powiedziałem bratu, że jestem krawcem i mogę coś szyć. Jakieś drobne przeróbki zrobiłem dla sąsiadek - Chomin, Cichoń i innych. Potem z bratem ustaliliśmy, że będę szył łemkowskie ubiory dla jego kapeli muzycznej. Nie miałem żadnych wzorów. U Fecia Madzeja brat znalazł jeden męski łajbyk. Z szyciem koszul i spodni nie miałem problemów. Uszyłem chyba sześć kompletów razem z Lemkowskimi kapeluszami. Koszule były wzoru komanieckiego i innych regionów zachodniej i środkowej Łemkowszczyzny. W szyciu ubiorów pomagał trochę finansowo Kiryło rodem z Mochnaczki pow. Nowy Sącz. W czasie wojny był na przymusowych robotach w Niemczech. Po wojnie wyjechał do Kanady. On kochał łemkowską kulturę i starał się pomóc na tyle na ile było go stać.
Minęły trzy miesiące mojego pobytu w Kanadzie, kończyła się ważność mojej wizy. Z bratem zwróciliśmy się do władz emigracyjnych z prośbą o przedłużenie ważności wizy o dalsze trzy miesiące. Nie odmówili, przedłużyli. Po upływie pół roku trzeba było wracać, martwiłem się o żonę i dzieci. Oni czekali na mnie, a ja tęskniłem za nimi. Ustaliliśmy, że będę wracał statkiem "Batory". Koszty podróży były prawie takie same, jak samolotem, ale podróż inna i można było wziąć więcej towaru. Po świętej pamięci moim ojcu pozostało wiele stolarskich i ślusarskich narzędzi, które do dzisiaj dobrze służą mnie i moim synom. W kraju brakowało odzieży w sklepach, a ta która była, była droga i nie na nasze zarobki.
Podróż :Batorym" była interesująca, ale dość trudna. Już na trzeci dzień część pasażerów chorowała na tzw. "chorobę morską" i nie przychodziła na posiłki. A jedzenia było ponad potrzeby i możliwości pasażerów. Codziennie odbywały się bale i tańce, a ja bojąc się choroby morskiej, za namową innych pasażerów, wypiłem sobie, żeby spokojnie spać, I jakoś choroba ominęła mnie. Po powrocie do domu radość była wielka, cieszyliśmy się wszyscy. Ale wkrótce trzeba było zająć się pracą, głównie przy muzeum i działalnością kulturalną.
Chciałbym jeszcze powrócić do mojego pobytu w Toronto. Miasto liczyło wtedy około trzy i pół miliona mieszkańców i zajmowało około 250 km kwadratowych powierzchni. Z bratem Waniem często jeździliśmy samochodem do centrum Toronta, gdzie zwiedzaliśmy sklepy, najwyższe budynki, wieżę telewizyjną. Tutaj mieściło się biuro brata. Brat był inżynierem kolejnictwa - nadzorował kanadyjskie drogi żelazne w okręgu Ontario.
Prawie w każdą niedzielę jeździliśmy do cerkwi i katolickich kościołów. Ulice w mieście były szerokie i nowoczesne. Pod miastem znajdowało się metro tzw. "sobwej". Metrem szybko można było dojechać do każdej części miasta. Mama prawie codziennie chodziła do roboty. Pracowała w restauracji klubu sportowego "Weston Golf Club". Brat często zawoził ją i przywoził, ale przeważnie chodziła pieszo, klub znajdował się niedaleko , 1 km drogi. W poniedziałki mama miała wolne. Brat miał zawsze wolną sobotę i niedzielę. Jechaliśmy wtedy zwiedzać różne miasta takie jak Hamilton, London i inne.
Wielkim przeżyciem dla mnie był wyjazd do największego wodospadu świata "Niagara Falls". W mieście Toronto mieszkało i mieszka wielu Łemków, między innymi znajomy i sąsiad Teodor Pyreń, który ożenił się z Paraską Szwachła z Tylawy i wyjechał do Ameryki, a potem do Kanady. Zapoznałem się z działaczami Zjednoczenia Łemków w Kanadzie. Przewodniczący Zjednoczenia Teodor Halicz długo i ciężko chorował. Zmarł w dość młodym wieku. Razem z nim w Zarządzie Zjednoczenia byli: Iwan Olenycz, Teodor Kołos. Artysta malarz Pawło Łopata, Maksym Maslej znajomy jeszcze z Polski. Wszyscy szanowali mnie bardzo, najczęściej odwiedzał mnie i zapraszał do siebie w goście Pawło Łopata rodem z Kalinowa, wioski na Preszowszczyźnie. Woził mnie swoim autem zawsze tam, gdzie cgciałem, łączyły nas braterskie stosunki. Bardzo gościnna była jego żona Marijka. Syn ich Petryk chodził wtedy do szkoły. Uczył się i w domu i w szkole ojczystej mowy. W czasie mojego pierwszego pobytu w Kanadzie, koledzy mojego świętej pamięci ojca, okaztwali mi wiele szacunku. Wiedzieli, że nie mam pracy i starali się pomóc biednemu krajanowi. Razem z bratem i mamą zorganizowali przyjęcie tzw. "pardi". Robili to w tajemnicy przede mną. Brat przygotował swoją kapelę, a kobiety zajęły się organizacją przyjęcia. Było to wzruszające spotkanie na ponad 100 osób, mówiono o tym, że syn przyjechał, a ojca już nie ma.
Głównymi organizatorami przyjęcia byli: Mikołaj Stefura, Andrzej Kyrpan z Lipowca, M. Czura z Zyndranowej i inni.
Trudno opisać wszystkie spotkania, przyjęcia, zaproszenia od przyjaciół moich rodziców i brata. Często odwiedzał nas Maksym Kapeluch rodem ze Żdyni. Maksym był na przymusowych robotach w Niemczech i po wojnie wyjechał do Kanady. Koledzy brata - muztkanci z jego kapeli to Dżek Parker - Słowak, Sztefan - Ukrainiec, Alek - Żyd rodem z Kijowa, Kwiatkowski - Polak.
Bardzo mili i sympatyczni byli sąsiedzi moich rodziców, rodzina Chomin i mieszkająca po drugiej stronie ulicy rodzina Cichoń, on Polak, ona Łemkynia z Lipowca i jej siostra Paraska Skurdelis już wdowa po mężu Litwinie.
Wczasie pierwszego pobytu w Kanadzie w 1973 r. poznałem ciekawego człowieka Iwana Elaszewskiego - redaktora "Wolnego Słowa". Często byłem jego gościem, okazywał mi wiele szacunku. Jego żona Ola Elaszewska po śmierci męża została przyjaciółką mojej mamy. Po moim ostatnim pobycie w Kanadzie często odwiedzała moją chorą matkę. Towarztszyła jej w ostatniej podróży do Zyndranowej. Długie lata pracowała pielęgniarką w szpitalu. Serdecznymi moimi przyjaciółmi byli: Iwan Popiel i Frenk Ornat - obaj powojenni emigranci z Polski.
Szukałem pracy w wielu miejscach, ale trudno było coś znaleźć. Po przyjeżdzie znów do Toronta w 1980 r. przez pewien czas pracowałem w masarni Wania Chudyka, kuzyna mojej żony, młodego emigranta. Najdłużej pracowałem u malarza, Niemca, Nika Fiszera z Jugosławii. Nick szanował mnie bardzo i najlepiej płacił za prace malarskie wewnątrz i na zewnątrz budynku.
W 1973 r. w czasie podróży z bratem do USA poznałem dr Iwana Drozda, przewodniczącego Światowej Federacji Łemków i jego rodzinę. Hwozdowie mieszkają w Syrakjuz niedaleko granicy kanadyjsko - amerykańskiej. Po drodze do Ameryki zwiedzaliśmy wodospad Niagara Falls. To prawdziwy cud przyrody. Byliśmy też w Łemko - Parku. Poznałem tutaj wielu łemkowskich działaczy z organizacji Łemko- Sojuz emigrantów przedwojennych starego pokolenia i nowych powojennych, z których wielu znanych mi z Polski Łemków. Wśród nich byli cioteczny brat Michał z żoną Heleną rodem z Woli Wysznej, cioteczna siostra Maria z mężem Władkiem i córką Hanią z Tylawy. Tutaj spotkałem rodziny Szwachłów, Kawoczkiw, Pylypiw, Wołoszyna, Petronczaka z którymi spotkałem się w czasie służby wojskowej na urlopie w 1953 r. w Lubiniu. Prawie wszyscy oni wyjechali do Ameryki.

Nowe przygody sądowe
Trudno uwierzyć, że moja droga życiowa związana jest z sądami. Ale takie są fakty, które krótko przypomnę. Pierwszą tragedię mojego życia nazwałem "Straszny sąd na ziemi" w czasie akcji "Wisła". Opisałem te czasy tak, jak było. Drugi prowokacyjny sąd w 1958 r. opisuję pisząc o swojej działalności kulturalno - oświatowej. Sfabrykowano wtedy oskarżenie o chuligaństwo. A takim z natury nigdy nie byłem.
W 1961 r. groziła mi trzecia rozprawa sądowa za przekroczenie granicy polsko - czechosłowackiej w Barwinku. Było to w czasie oficjalnego otwarcia przejścia granicznego latem 1961 r. Na to święto przyszły setki ludzi z okolicznych wsi. Ja i kilku moich kolegów przeszliśmy na stronę słowacką wypić piwo. W pewnym momencie ludzie z Polski zaczęli się wycofywać. Trochę spóźniliśmy się, ale nie myślałem, że coś może nam grozić. Zupełnie niespodziewanie mnie, a także mojego kolegę Sławka z Tylawy i trochę chorego psychicznie Stefana, też z Tylawy zatrzymała słowacka służba graniczna. Sporządziła protokół i przekazała nas polskiej służbie granicznej w Barwinku. Ta z kolei przekazała nas komendzie powiatowej milicji w Krośnie już jako aresztowanych. Milicja przeprowadziła śledztwo i sprawę skierowała do sądu. Po 48 godzinach zwolniono nas z aresztu do domu. Śmieszne i ciekawe były przesłuchania Stefana z Tylawy. Gdy zapytano go kiedy się urodził odpowiedział, że mama wiedzą, a kiedy powtórzono pytanie powiedział, że wtedy kiedy i jego znajomy Wanio H. W końcu zrozumieli, że rozmawia nienormalnie i zostawiono go w spokoju. Do sądu już go nie wzywano. Mnie i Sławka mocno oskarżał ówcesny dowódca placówki służby granicznej w Barwinku. Twierdził, że granica jest oznakowana i zlekceważyliśmy słupki graniczne. Świadkowie potwierdzili, że było święto otwarcia przejścia granicznego i uniewinniono nas.
W 1971 r po wysłaniu pisma do I sekretarza partii Edwarda Gierka w sprawie wysiedlenia Łemków z ojczystej ziemi, naprawieniu krzywd i umożliwieniu powrotów, autorów listu zaczęto prześladoać. List podpisałem i ja. Wezwano mnie do Wojewódzkiego Oddziału Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie. Kierownik oddziału Henryk Ż. zarzucił mi, że w liście obraziliśmy Wojsko Polskie, ponieważ napisaliśmy, że wojsko w czasie akcji "Wisła" dopuszczało się kradzieży. Groził mi sądem. Powiedziałem mu, że byłem żołnierzem, nosiłem polski mundur i składałem przysięgę narodowi i państwu polskiemu. Nie obraziliśmy Wojska Polskiego, tylko napisaliśmy prawdę o tych żołnierzach, którzy naruszali dyscyplinę żołnierską i łamali prawa człowieka. Żyją jeszcze ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Mnie również bito, aresztowano i sądzono, dlatego podpisałem ten list z czystym sumieniem. Kierownik udawał, że nic nie rozumie i nie chciał mnie słuchać.
Powiedział, że mogą mnie jeszcze raz sądzić i wysiedlić ze strefy nadgranicznej. Wtedy zdjąłem buty, wyciągnąłem pasek ze spodni i powiedziałem, że prokurator może brać mnie do aresztu. Mój rozmówca i oskarżyciel złagodniał, kazał mi iść do domu i na tym sprawa u niego zakończyła się. Ale służba bezpieczeństwa gnębiła mnie i prześladowała nadal.

Budowa i zniszczenie pomnika
Ciężkie czasy nadeszły dla mnie i mojej rodziny po zakończeniu budowy pomnika dla poległych w walkach o Przełęcz Dukielską żołnierzy radzieckich i czechosłowackich. Pomnik stanął w zagrodzie muzealnej. Inicjatywa budowy pomnika wyszła od żołnierzy i partyzantów, którzy walczyli o wyzwolenie tych ziem. W ten sposób chciano uczcić pamięć tych, którzy zginęli tutaj 30 lat temu. Obiecali pomóc uczestnicy walk ze Słowacji i Związku Radzieckiego. Sami na taki cel nie mieliśmy żadnych funduszy. Przywieźliśmy kamienie, piasek, kupiliśmy cement i na wiosnę 1974 r. fundament był już gotowy. Pod fundamentem pochowaliśmy kości czterech żołnierzy znalezione na okolicznych pobojowiskach. Nazbieraliśmy różnego rodzaju frontowego żelastwa, sporo hełmów. Budowa ciągnęła się dość długo, bo nie mieliśmy ani pieniędzy, ani sił. Zakończyliśmy ją dopiero w 1976 r. Ustaliliśmy, że skromne odsłonięcie pomnika odbędzie się 6. 10. 1976 r. w rocznicę przejścia wojsk radzieckich i czechosłowackich z Barwinka i Zyndranowej na ziemię słowacką.
Władze rozpętały prawdziwe piekło w sprawie pomnika. Codziennie przyjeżdżały cywilne i wojskowe komisje. Milicja ogrodziła pomnik i umieściła tablicę "Niewypały". Partyjni wodzowie postanowili zniszczyć pomnik. Nie mogli się pogodzić z tym, że pomnik postawili Łemkowie, a nie władza. Na pomniku znajdowały się trzy tablice w trzech językach informujące, że pomnik postawili Łemkowie, jakich w tym czasie miało nie być. Gierkowska propaganda twierdziła, że Polska jest państwem jednonarodowym. Tablice wykonali i przywieźli muzealnicy ze Swidnika.
I nadszedł straszny dzień nie tylko dla mnie i mojej rodziny ale również dla sąsiadów. 1.12.1976 r. wygoniono nas wszystkich z domów i umieszczono w budynku szkolnym. Przyjechała jednostka wojskowa saperów z Dębicy, milicja z psami, straż pożarna. Pięciometrowej wysokości pomnik wysadzono w powietrze. W moim domu powylatywały wszystkie szyby w oknach, uszkodzono drzwi, popękały mury. Podobno użyto 24 kg trotylu. Zabrano z muzeum wszystkie wojenne eksponaty, stare zardzewiałe i obłocone żelastwo. Wojskowi byli bardzo zadowoleni z siebie i swojej pracy. Wstąpili do restauracji w Dukli i opowiadali, że znaleźli magazyn ukraińskiej broni, żeby nastawić ludność polską przeciwko Łemkom.
Pogoda była już mroźna, a przy tym wiał bardzo silny wiatr - halniak. Spać w mieszkaniu z powybijanymi oknami nie dało się. W nocy przyjechali szklić okna i drzwi. Dla mnie przygotowano nakaz zapłaty za wysadzenie pomnika, za zasypanie 5 metrowej głębokości dołu po pomniku i za podziurawiony dach sąsiada. Odmówiłem zapłacenia kary i zawiadomiłem władze, ze koszty "pracy" jednostki wojskowej z Dębicy mogą pokryć uczestnicy walk o te ziemie ze Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. Władze najwyraźniej nie chciały rozgłosu wokół tej sprawy. Zrezygnowano z kary pieniężnej, ale sprawę skierowano do sądu za budowę pomnika bez pozwolenia i "kradzież' betonowych belek, resztek po zniszczonym w czasie powodzi w 1974 r. moście. Belki te leżały w rzece już ponad rok przykryte warstwą mułu i 4 wzięliśmy, a reszta leży tam pewnie do dziś. To nie była kradzież tylko pretekst do oddania sprawy do sądu.
Sprawę przekazano do prokuratora w Krośnie, który wydał nakaz wpłaty na potrzeby głuchoniemych 2000 zł. Wpłaciłem i nie to jest najważniejsze. Ile straciłem zdrowia i nerwów w czasie licznych przesłuchań wiem tylko ja. Trudno to wszystko opisać.
Po zniszczeniu pomnika odmawiano mi wydania paszportu do rodziny w Kanadzie. Pracy dla mnie też nie było, chociaż miałem już ukończone Studium Ekonomiki Rolnictwa. Byłem zmuszony napisać skargę do władz partyjnych w Warszawie. Trochę pomogło.
Pomnik zniszczono dlatego, że na tablicy był podpis jego twórców "Łemkowie", a niewypały były tylko pretekstem.
Pięć lat temu, w 1955 r. przyjechali dwoma autokarami oficerowie z Dębicy zwiedzić muzeum i przeprosić za to co zrobili ich koledzy. Wręczyli mi wojskowy puchar z prośbą o wybaczenie. Historia budowy i zniszczenia pomnika wymaga oddzielnej książki.
Chciałbym jeszcze wspomnieć, że po zniszczeniu pomnika wielu bliskich mi kolegów przestało ze mną utrzymywać kontakty, nawet ci, którzy byli inicjatorami budowy pomnika. Biedacy tak się przestraszyli, że przestali nawet do mnie pisać. Jednym z najbardziej przestraszonych był Leon G. Byli i tacy, którzy podtrzymywali mnie na duchu. Wspomnę tylko Pawła S. i jego żonę, którzy zaraz po zniszczeniu pomnika jechali do mnie i mieli wypadek samochodowy. Do tych odważniejszych należał też Teodor K. Pamiętam o wszystkim i jestem im wdzięczny.
Myślałem, że historia z pomnikiem to już moja ostatnia sprawa sądowa. Jednak myliłem się. Dawną żydowską chałupę kolejni już właściciele (Wanio i Ewa Macek) pozostawili w spadku dla Parafii Prawosławnej. Dom nie remontowany i zniszczony w czasie wojny był już w bardzo kiepskim stanie. Przeciekał dach, gniło pokrycie i ściany. Mała parafia nie była w stanie wyremontować chałupy. Z pomocą przyszedł sam Pan Bóg.
Z trzech żydowskich rodzin, które mieszkały w Zyndranowej przy życiu pozostał tylko 10 - letni chłopak Samuel. Uratowała go polska rodzina z okolic Gorlic. Już jako profesor, mieszkający w Stanach Zjednoczonych, opisał swoje życie i dowiedział się, że w Zyndranowej stoi jeszcze chata jego stryjka (brata ojca) jedyna w wiosce i okolicy. Postanowił ratować ją. Prosił o pomoc i dał trochę pieniędzy. Trzeba było dużo drewna. Rada Parafialna uzgodniła z leśniczym, że kupi 4 m kubiczne drewna. Oskarżył nas sąsiad, osadnik Zenon J., że my parafianie ścięliśmy w lesie 12 jodeł. Całą winą obarczono mnie, chociaż ja w lesie nie byłem, drzewa nie ścinałem (robił to robotnik lasowy wyznaczony przez leśniczego). Widziałem drzewo tylko to, które leśniczy kazał ściąć i przywieżć do tartaku. Nadleśnictwo oddało sprawę na policlę. Rozpoczęto śledztwo i skierowano sprawę do prokuratora w Krośnie. Oskarżono mnie, że ukradłem drewno z lasu. Na moje szczęście prokurator był mądrzejszy od wszystkich lasowych i polcyjnych urzędników. Nie stwierdził kradzieży i sprawę umorzył. Na tym wszystko się skończyło. Zastanawiałem się dlaczego akurat oskarżonym byłem ja, przecież nawet nie wiem w którym miejscu w lesie ścinano drzewo. Drzewo zwieźli parafianie. Ja tylko załatwiałem formalności kupna u leśniczego.
Myślałem, że to koniec moich problemów sądowych ale się pomyliłem. Ostatnio oskarżono mnie o zajęcie 0,8 ara posiadłości rolnej. Dopiero w sądzie sprostowano, że to nie ja jestem tym, który zajął ową posiadłość. Sprawa dotyczy rozgraniczenia między posiadłością parafii prawosławnej,. a posiadłością J. G., która wynikła z błędów pomiarowych dokonanych przez geodetów. Nie mieszkam w sąsiedztwie tych działek, nikomu nic nie zagarnąłem i z niewiadomych mi przyczyn zostałem oskarżony.
Mam już 70 lat i nie wiem, czy na tym skończą się moje sprawy sądowe. Może niektórzy czują zadowolenie z tego, że mnie oskarżają, ale to już nie te czasy. Nie chciałbym, aby moja rodzina była prześladowana tak, jak ja.
Mój Boże, co ja komu zawiniłem, chyba tylko tyle, że broniłem swojej ojcztstej kultury.

Budowa cerkwi - pomnika
Wielkim wydarzeniem w moim życiu była budowa cerkwi w rodzinnej wiosce. Jeszcze dzisiaj trudno mi uwierzyć, że cerkiew stoi. Być może stało się to za sprawą Siły i Łaski Bożej. Ostatnia cerkiew z 1817 r. w czasie I wojny światowej nie została zniszczona. Jednak podczas frontu w 1944r. dach cerkwi pokryty blachą podziurawiony został pociskami, a wnętrze zniszczone. Po wysiedleniu mieszkańców wsi na wschód w 1945 r. ci co pozostali nie byli w stanie wyremontować cerkwi. Dach przeciekał, gniło drewno. W 1958 r. przewróciła się główna kopuła. Rzymsko - katolicki ksiądz z Dukli, w dobrej wierze, poradził, aby cerkiew przebudować, rozebrać stojące ściany i zbudować mniejszą. Niektórzy mieszkańcy wioski, głównie kobiety, posłuchały księdza. Na to tylko czekały władze w Krośnie i zabroniły przebudowy cerkwi. W 1960 r. po cerkwi pozostały tylko fundamenty. Udało się uratować część zniszczonego ikonostasu i ukryć go w budynkach gospodarczych szkoły. W 1969 r. zabrano go do chaty muzealnej T. Gocza.
Łemkowie z Zyndranowej chcieli modlić się w swoim wschodnim obrządku. W Polanach (17 km) powstała prawosławna parafia. Na Wielkanoc w 1969 r. zaproszono tamtejszego księdza, aby poświęcił paski. Początkowo nabożeństwa odbywały się na cmentarzu, a potem w muzeum.
W 1970 roku, dawny budynek gromadzki przebudowano na kaplicę prawosławną.
W czasach Gomułki i Gierka w Polsce zaszły duże zmiany polityczne. Budowano setki kościołów. Nasza prośba o pozwolenie na budowę cerkwi leżała prawie 12 lat w urzędzie bez odpowiedzi. W końcu zawiadomiono o. Mitrata Joana Lewiarza w Pielgrzymce, który obsługiwał parafię w Zyndranowej, że jest pozwolenie na budowę świątyni w Zyndranowej. Zawiadomiono nas, że możemy budować kościół rzymsko - katolicki lub cerkiew prawosławną. Nie było pozwolenia na budowę cerkwi greko - katolickiej. Ówczesne władze nie uznawały takiej religii. Po naradzie o. Lewiarza z mieszkańcami wioski nie było już chętnych do budowy cerkwi. Dyskutowaliśmy jednak i tłumaczyli sobie nawzajem, że to jeden Bóg i ten sam obrządek. I tak postanowiliśmy zbudować cerkiew prawosławną. Parafię w {planach objął młody, zdolny duchowny Andrzej Popławski, obecnie episkop Chełmsko - Lubelski, Władyka Abel. To on wziął na swoje barki ciężar budowy cerkwi.
Rozpoczęto gromadzenie funduszy. Pisano do rodaków za ocean. Zebrali tyle ile mogli. Najwięcej Michał Wołoszyn, Anna i Wanio Goczowie - rodacy z Zyndranowej, Pomagało Zjednoczenie Łemków z Kanady. Pomagały prawosławne parafie z całej polski, najwięcej z Białostocczyzny.
Miejsce pod budowę poświęcił w 1982 r Metropolita Wasylij, a poświęcenie cerkwi nastąpiło 28. 07. 1985 r. Oddano do użytku cerkiew - pomnik 1000 - lecia Chrztu Rusi. Było to wielkie święto nie tylko w Zyndranowej, ale i na całej Łemkowszczyźnie. Udział w uroczystości wzięło kilka tysięcy ludzi z kraju i z zagranicy różnych wyznań.
W ciągu miesiąca przy budowie cerkwi pomagało 50 ewangelików i protestantów ze Szwajcarii.
Dzwony, a przynajmniej jeden, obiecał podarować Ś.P. Metrpolita Wasylij, ale nie spełnił swojej obietnicy. Pamiątkowy dzwon podarowała parafia z Lubinia pod kierownictwem o. Michała Żuka. Dusza Łemka odczuwała potrzebę takiego daru, a przywiózł go do Zyndranowej własnym transportem Michał Fedosz - dawny mieszkaniec Zyndranowej.
Przy budowie cerkwi pomagali również miejscowi greko - katolicy, ale nie wszyscy.
Los cerkwi jest dość smutny. We wsi jest niewiele rodzin prawosławnych, ale jest to historyczny pomnik, który upiększa wieś, jest i pozostanie świadkiem naszego istnienia. Jest w tym i mój udział, że ta cerkiew powstała, że pomagałem ją budować.
Chciałbym jeszcze dodać, że działkę pod budowę cerkwi podarowali Ś.P. Ewa i Wanio Macek.

Moje jubileusze
Miło wspominam 60 rocznicę moich urodzin, którą obchodziłem w Toronto. Przyszli moi przyjaciele z Zarządu Zjednoczenia Łemków w Kanadzie. Wszyscy okazali dla mnie i mojej rodziny wiele szacunku. Nigdy tego nie zapomnę. Podarowali mi maszynę do pisania z ukraińskim alfabetem. Mama i siostra Luba przygotowały urodzinowe przyjęcie.
W następnym tygodniu brat Wanio z żoną Dagniow przygotowali drugą część mojego jubileuszu. Było to dla mnie święto i radosne i smutne. Radosne ponieważ świętowałem swoje 60 - lecie z rodziną i przyjaciółmi w Kanadzie. Smutne ponieważ na obczyźnie daleko od żony i dzieci. Ale to było 10 lat temu. 28. 06. 1999 r. miałem obchodzić 70 rocznicę moich urodzin. W tym czasie wypadało święto "Od Rusal do Jana". Nie mogłem przewidzieć, że na stare lata spotka mnie jeszcze jedno nieszczęście. Być może to dalszy ciąg mojej ciernistej drogi życiowej, choć wydawało mi się, że po przejściu na emeryturę będę wiódł spokojny żywot. Ale życie ma swoje prawa. Cztery dni przed moim jubileuszem, 23.06. wieczorem pośliznąłem się na mokrej trawie i złamałem lewą nogę. Synowie zawieźli mnie do szpitala w Krośnie. Na nogę założono gips. Do święta "Od Rusal do Jana" pozostały trzy dni. W sobotę 26.06. Na moją prośbę wypisano mnie ze szpitala do domu. Jakoś wszystko przeżyłem, noga nie zupełnie zdrowa ale najważniejsze, że chodzę.
Na mój jubileusz przyjechało dużo moich przyjaciół z kraju i z zagranicy. Przyjechał też zespół "Łemkowyna" z Bielanki pod kierownictwem Jarosława Trochanowskiego. Jarosław nie zapomniał, że 20 lat byłem członkiem tego sławnego zespołu więc w programie przygotował swój tekst do mojej żartobliwej pieśni "Kume Hnate". Wykonał też dla mnie specjalny drewniany medal z moim wizerunkiem w łemkowskim stroju. Jestem im za to bardzo wdzięczny.
Bardzo ciepłe, przyjacielsko - braterskie życzenia, medal i dyplom jubileuszowy przywieźli mi koledzy - działacze Zarządu Fundacji Badania Łemkowszczyzny ze Lwowa. Fundacja skupia łemkowski patriotyczny aktyw głównie we Lwowie. Większość z nich urodzona w Polsce na Łemkowszczyźnie - J. Szwiahła rodem z Zawdki Rymanowskiej, Dmytro Sołynko ze wsi Żydowskie, Petro Kohut z Pietruszej Woli, Sydoryk i Mychajło Kostyk z Hyrowej, J. Duda, Petro Handiak, W. Szurkało. Świąteczny dyplom przygotował i wręczył Zarząd Główny Stowarzyszenia Łemków w Legnicy w osobie przewodniczącego Andrzeja Kopczy.
Piękne historyczne pozdrowienia i życzenia przekazał Arcybiskup Prawosławnej Diecezji Przemysko - Nowosądeckiej Władyka Adam z Sanoka.
Do przyjacielskich życzeń dołączyli koledzy - Przyjaciele ze Słowacji - dyr. Wojennego muzeum w Swidniku dr Josef Rodak, dyr. Muzeum rusińsko - ukraińskiej kultury w Swidniku dr Myrosław Sopołyha, znany naukowiec pisarz i działacz kulturowy dr Mykoła Muszynka i inni.
Braterskie życzenia przyjąłem od Brata i Siostry z Kanady.
Niełatwo wszystkich wymienić i jak kogoś nie wspomniałem to przepraszam.

Zakończenie
W 1984 r. mając 65 lat przeszedłem na emeryturę. Mając więcej wolnego czasu postanowiłem opisać życie Łemka, takiego jak ja. Ocena tej książki należy do czytelnika. Wiem, że nie wszystko każdemu się spodoba, że będą krytyczne uwagi. Jestem na to przygotowany ponieważ nie wszystko udało się opisać dokładnie. Za niedostatki tej książki przepraszam czytelników. Gdybym po przeżyciu 70 lat i wydaniu tej książki musiał odejść, to odejdę zadowolony. Droga mojego życia była nie tylko ciernista ale i radosna. Założyłem łemkowską rodzinę, która przedłuża nasze istnienie w naszej wierze, mowie i tradycji. Cieszę się, że oboje z żoną wychowaliśmy synów w takim duchu, że szanują cudze i kochają swoje. Przejmują to wnuki starszego syna, młodszy jest jeszcze kawalerem. Obydwaj synowie ukończyli studia wyższe z czego cieszyła się cała rodzina i życzliwi przyjaciele.
Napisałem do brata w Kanadzie, że od dawna zbieram materiały, fotografie, wspomnienia ponieważ planuję napisać i wydać książkę o sobie i o czasach w których przyszło mi żyć. Brat przysłał mi niektóre dokumenty o naszych ś. p, Rodzicach, wycinki z gazety "Karpacka Ruś", fotografie.
W jednym z listów brat pisze:
"Doskonale rozumiem na jakie trudności napotykasz pisząc o tych trudnych wojennych i powojennych czasach. Pamiętam ile wycierpiałeś z rąk faszystów - szowinistów, którzy znęcali się nad naszymi biednymi ludźmi. Próbuję nie myśleć o naszych młodych latach, ale tego cośmy przeżyli nie da się zapomnieć. Nie zapomnę nigdy ile strachu przeżyliśmy w czasie frontu, ani tego jak chodziliśmy z puszkami po konserwach po ruskich kuchniach i prosiliśmy, żeby nam dali choć trochę zupy.
Nigdy nie zapomnę tego dnia kiedy zostałeś aresztowany i atmosferę strachu, jaką stworzono wysiedlając nas. Nie zapomnę, jak mnie szukali po wagonach żołnierze z bagnetami na karabinach, a ś. p. Mama i Ciotka Ewa zaszyły mnie w pierzynie.
Mam przed oczyma ten moment pożegnania w więzieniu, kiedy z Mamą wyjeżdżaliśmy do Kanady. O tych przeżyciach najlepiej byłoby zapomnieć, ale nie da się. Jeszcze trochę informacji o rodzinie. Wujek Wanio - brat mamy zmarł w czerwcu 1969r. O naszym dziadku ze strony ojca wiem tylko tyle, że pracował w kopalni gdzieś w Pensylwanii i tam zaginął. Pisałem do Marii Kralyk, czy ona coś wie o naszym dziadku. Odpisała mi, że miała od ciebie list i że ci odpisze. Ona Feciu jest bardzo chora."

Stryjeczna siostra Maria nic już nie odpisała ze względu na podeszły wiek i zły stan zdrowia.
Chciałbym jeszcze dodać, że po zwolnieniu z więzienia i zakończeniu służby wojskowej w batalionie górniczym kilkakrotnie starałem się o anulowanie niesprawiedliwego wyroku ponieważ nie posiadałem żadnej broni, ani nie należałem do żadnej organizacji.
W czasach PRL moje odwołania nie odnosiły żadnego skutku. Przy władzy byli ci sami ludzie, którzy prześladowali mnie, bili, sądzili i wydawali wyroki. Myślałem, że w III Rzeczpospolitej nastąpi sprawiedliwa ocena stalinowskich czasów i akcji "Wisła". Zwróciłem się z prośbą do właściwego organu sądowego o anulowanie wyroku. Sąd nie wziął pod uwagę moich wyjaśnień i utrzymał wyrok w mocy. Mogę odwoływać się do Ministerstwa Sprawiedliwości.
Wszystko co było w PRL komunistyczne, stalinowskie - było złe, niesprawiedliwe, tylko ocena tragedii Łemków z 1947 r. pozostała bez zmian. Wyroki z akcji "Wisła" są nadal ważne. Akcja "Wisła" żyje dalej.
Być może będę jeszcze pisał prośby, ale trzeba trochę odpocząć.
Proszę wszystkich Łemków, aby bronili i szanowali swoją kulturę, religię, tradycję. Ojczystej mowy w rodzinie nikt nam nie da, jeżeli nie zadbamy o to sami.

Teodor Gocz, Zyndranowa 2001.

Część I-sza
Część II-ga
Część III-ia
Część IV-ta
Część V-ta
Część VI-ta


beskid-niski.pl na Facebooku


 
506

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 4 i 4: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 14 osób
Logowanie