• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część III-ia
 

Pragnę zwrócić uwagę, że to, co czytelnik spotka w tej opowieści, to jest nie tak odległa historia, pokazana na konkretnych faktach z okresu II Wojny Światowej. Opisane wydarzenia dotyczą zaledwie kilku wiosek małego obszaru Dukielskiego. Zapewniam, że zaprezentowanych 90% zdarzeń, dotknęło setki Beskidzkich i Bieszczadzkich wsi, począwszy od Dunajca aż po San. Pokazując wizerunek wsi Smereczne, w latach 1939 miałem na myśli przedstawić stan faktyczny życia pewnej grupy ludzi z jej kulturą, obyczajowością i stanem zamożności. Jako saldo istnienia i podobnych kilka setek wsi. Podejmując temat małej historii z lat 1939-1945, zapragnąłem wyjawić, cierpienia ludzkie, spowodowane wojną, okupacją, przemocą i bezwzględnym wyzyskiem silniejszego. To z jednej strony. A z drugiej, choć bezradną ale podejmowaną obronę w celu przetrwania i ocalenia ciągłości kultury, tradycji i obyczajów. Przy okazji wylazło jak szydło z worka, jak człowiek, człowiekowi na tej ziemi może być nieprzyjaznym wilkiem. Myślę, że byłoby błędem taką historię zabrać ze sobą do grobu. Tym bardziej, że 80% tamtej cywilizacji przeszło już w zapomnienie. Jednocześnie zastrzegam się, że z 5-cio letniego okresu okupacji, jest to jedynie mała pigułka ze wszystkich faktów. Mam również na myśli, że byłoby wielkim grzechem, nie pozostawić dokumentu dla przyszłych pokoleń, że 60 lat temu, istniały jeszcze: wieś Smereczne, Wilśnia, Ropianka, Olchowiec i kilkadziesiąt podobnych w Beskidzie Niskim.To za przyczyną wojny i dalszej powojennej brudnej polityki zostały one wymazane z mapy a przecież istniały przez kilkanaście wieków. Zapraszam do przeczytania

Leszek Hrabski ( autor wspomnień )


CZĘŚĆ III


Wspólne tańce z żołnierzami niemieckimi.

Żołnierze w wieku przed czterdziestką, z dużą ochotą przychodzili na urządzane przez młodzież potańcówki. Co prawda we wsi pozostali tylko 16-to i 15-to latkowie oraz kilkoro ukrywających się. Starsza młodzież w liczbie 20-tu osób była już na robotach w Niemczech.
Na razie tylko obserwowali, potem chętnie włączali się do tańca. Jednak problemów pojawiło się od razu kilka.
Jako pierwszy, nasze dziewczyny tańczyły na bosaka lub w miękkich kierpcach. Oni z kolei w ciężkich wojskowych buciorach. Ten zestaw paraliżował całą sprawę. Prócz tego, ich walczyk nie zgrywał się taktem z naszym obracanym. Irytowało ich to. Nie mogli złapać właściwego rytmu. Chaos i ciąganina była nieprzeciętna, jak to mówią: on hyc a ona nic. Wywoływało to zabawny śmiech. Śmiali się do spółki.
Może dobrze, bo rozluźniła się atmosfera. Delikatnie zanikała różnica pomiędzy cywilem a żołnierzem. Właśnie oto chodziło, aby trochę przekabacić ich na naszą stronę. I to się udało na wielkość pigułki, ale i tak dużo, jak na pierwszy raz.
Niektórzy z nich nie próbowali, ale stali z boku i obserwowali nasze tańczące pary i z zazdrością podziwiali, że im tak cudownie wychodzi. Nasze młode chłopaki i dziewczyny obracali się równiusieńko jak wrzeciono. Dawało to smak tańca teatralnego. Zresztą górale to urodzeni muzykanci i tancerze. Ten muzyczno - taneczny dar, to uroda Karpat. Z tym darem oni się urodzili.
Dziewczyny zadziałały sprytem, nie rezygnowały, z tego co już osiągnęły. Na następnym spotkaniu, zaproponowały im takt taneczny na ich nutę, na ich sposób i walczyły dalej aby osiągnąć cel.
Hania, ich sprzątaczka, do której byli przyzwyczajeni, starała się najbardziej podołać. Podchodziła do nich i sama brała ich za ręce do tańca. Takt ich muzyki był łatwiejszy i dziewczyny szybko zgrały się z nimi.
Ten czas poświęcony nauce okazał się nie zmarnowany. Młodzież i ludność zdobyła u nich ździebko sympatii i skrawek zaufania. Pękły grube zimne lody ale tylko z tymi co byli w naszej wiosce.
W tych kontaktach dało się także odczuć, że troszeczkę odstąpili od tej bezwzględnej niemieckiej dyscypliny. Nie byli już tacy surowi i nieufni jak poprzednio.
Dało się również zauważyć, że wtapiali się w problematykę ciężko pracującej ludności. Chyba dostrzegali ten wielki ciężar, jaki ludność dźwigała z przyczyn kontyngentów, wywiezionej młodzieży i obarczania nas różnymi dodatkowymi pracami.
Wiedzieli też dobrze, że kilka osób ukrywa się przed nimi, ale tego tematu nie dotykali. Po prostu nie chcieli wchodzić w ostry konflikt z niewinną ludnością. Może trochę bali się odwetu ze strony partyzantów? Trudno dzisiaj powiedzieć. A może ten obowiązek do nich nie należał, a sami nie chcieli się w to angażować ? Był to już taki czas, że mieli świadomość iż ponoszą klęskę.
Na początku wspomnianych spotkań, atmosfera bywała dziwna, sztywna, wręcz śmieszna. Z jednej strony był lęk i sztuczne nadskakiwanie, z drugiej jakby poczucie winy, poczucie wstydu.
Ta druga strona jednak zdawała sobie sprawę z tego, że są w kraju nieproszonymi gośćmi.
Młodzież starała się być otwarta, szczera i gościnna, nie miała przed nimi nic do ukrycia.
Nasze dziewczyny to blondynki z długimi jasnymi warkoczami, o pulchnej urodzie, o sympatycznej uśmiechniętej buzi. Podobały im się, tego nie ukrywali. Tańczyły leciutko, równiutko jak artystki. Żałowali, nie raz, że dla nich jest to owoc zakazany.
Tylko jedyną Hanię, mogli odprowadzić do domu bez podejrzeń, jako ich pracownicę. Z tego wyjątku, czasami korzystał Franc i odprowadzał ją, ale w towarzystwie dwóch kolegów.
W pojedynkę nie wolno im było chodzić po wsi. Z resztą w czasie zimy godziną policyjną była godzina 20. Po tej godzinie na ulicy tylko wartownicy mieli prawo być oraz służba kontrolująca. Zdarzyło się jeden raz, że Franc (Franek Ślązok) odprowadził do domu Hanię sam, ale był to pierwszy i ostatni raz, bo po tym incydencie zaraz za karę wysłany został na rosyjski front.
Hania również miała z tego powodu dużo kłopotów, jednak udało się jej wyplątać bo skłamała, że ona szybko leciała do domu i się nie oglądała. Nikogo nie widziała.
I pomyśleć jakie w tym było przestępstwo? Że młody chłopak zakochał się w ładnej dziewczynie ?
Hania była nie tylko ładna i zgrabna, ale w swoim zachowaniu miała dużo wdzięku i romantyczności. Lubili ją chłopaki. Czyż jako wolni ludzie tej ziemi nie mieli prawa do miłości? Choćby nawet i żołnierze. I postawmy pytanie. Wiek XX a wolność ? To żałosne. To dla kogo miał być ten świat ? Dla oprawców? No żal, wielki żal, ale... ale tak niestety było. Dobrze by było, żeby na świecie więcej razy politycy się nie mylili.

Rok 1942 budowa kasarni

Po uderzeniu Niemców na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku i odniesionych sukcesach w bezpośrednich walkach nad Czerwoną Armią, Niemcy byli już przekonani, że duża część świata wkrótce należeć będzie do nich. A więc trzeba się wygodnie na zajętych terenach obsadzać.
Podjęli decyzje, że budować będą swoje wojskowe obiekty w Polsce, w pasie przygranicznym ze Słowacją.
Wtedy dowiedzieliśmy się, że w Smerecznym będzie budowana kasarnia. Taki wojskowy hotel, z przystosowaniem go do funkcji obronnych. Nie wiele mieliśmy informacji co to będzie za obiekt. W każdym bądź razie, był to dla nas sygnał, że oni pozostaną tutaj na zawsze, że ten obiekt będzie jednocześnie orężem ich zwycięstwa.
Miejsce na budowę wybrali znakomite, wręcz idealne. Piękny, równy plac, po żydowskiej karczmie. Plac duży, na końcu wsi.
Sprowadzeni przez nich fachowcy budowlani, wytyczyli plac na fundamenty i wyznaczyli linie.
Był to czas wczesnej wiosny 1942 roku, zaraz po ustąpieniu śniegów. Do kopania, wyrównywania placu i wywożenia ziemi, zagnali silną, zdrową i dorosłą ludność wsi. Z tą też chwilą zaczęła się gehenna dla wszystkich. Odtąd nie było już wolnego piątku ani świątku.
Ludzie ze sprzętem, końmi, wozami, taczkami, pracowali przez kilkanaście tygodni od wczesnego rana do nocy z małymi przerwami na posiłki. Był to szarwark przymusowy, od jego obowiązku uwolnić mogła tylko ciężka choroba lub śmierć.
Oczywiście była to robota narzucona, bezpłatna, tak, jak każda inna.
Za odmowę świadczenia pracy na jej rzecz groziła wysoka kara włącznie z wywiezieniem do obozu koncentracyjnego. W tym czasie odważnego nie było który by odmówił pracy.
Z tamtych trudnych dni zapamiętałem takie zdarzenie:
W kilka tygodni później po zniwelowaniu placu, kiedy zwożone były już materiały na budowę, mój tato miał na wozie zboże do siewu i brony. Wyjechał z podwórka na drogę, jadąc w kierunku pola. Po kilku krokach, zatrzymany został przez dwóch żołnierzy nadzorujących budowę z poleceniem, że ma rozładować wóz i natychmiast jechać do Tylawy po deski. Tato odpowiedział, że posieje zboże i za godzinę pojedzie. Jeden z żołnierzy złapał go za kołnierz ściągnął z wozu, dowalił mu kilka kopniaków w tyłek i tym zakończył się jego gospodarski dialog.
Tato z bólem rozładował przy nich wóz i natychmiast pojechał po deski. Co prawda byli to żołnierze, którzy przysłani zostali wyłącznie do nadzorowania tempa i jakości pracy.

Budowa kasarni okazała się wielką udręką nie tylko dla Smereczan, ale także dla mieszkańców Wilśni, Tylawy i pobliskich wsi. Po zakończonej pracy przy fundamentach, natychmiast furmankami wożono kamienie, żwir i cement. Cały materiał ładowany na wozy i rozładowywany był ręcznie. Była to bardzo ciężka fizyczna robota. Kamienie na wszelkie potrzeby, zmuszano ludzi do zbierali po polach do koszyków. Furman miał wyznaczony limit dzienny, dlatego w zbieraniu pomagać mu musiała cała rodzina. Żona, dzieci, starcy.
Zaś kamień na grubą, wysoką podmurówkę, wożono z Dukli z kamieniołomu. Żwir gospodarze wiejscy, wydobywali z dna rzeki w Tylawie i w Trzcianie i transportowano go na plac budowy furmankami.
Jednym słowem cała wieś, kto tylko mógł się ruszać, podporządkowany był tej sprawie.
Dalszą zwózką były deski, drewniane bale, gont, stolarka itd. Nieustanne wożenie tego ciężkiego ładunku mocno odbiło się na kondycji koników. Konie wychudły a grzbiety ich wyglądały jak grabie.
Do wznoszenia obiektu zaangażowano najlepszych specjalistów budowlańców z okolicznych wsi i miasteczka Dukla. Kierownikiem budowy kasarni był inż. sprowadzony ze Śląska o nazwisku Wieczorek. Był człowiekiem polskojęzycznym. Sprowadził się na cały rok do Smerecznego razem z 16-to letnim synem.
Przypominam sobie, że był on niesamowitym karciarzem. Z łatwością ogrywał wszystkich w karty a najwięcej ogrywał wszystkich z pieniędzy. Miał dobrze opanowane karciane oszustwo. Potrafił wyciągnąć kartę na zamówienie.
Wywoływał także duchy, przy pomocy obracającego się talerza. Wykorzystując ludzką naiwność gromadził wokół siebie dużo gapiów, co ułatwiało mu to pewnym sensie ogłupianie widzów.
Bystrością i żonglowaniem przedmiotami zaskakiwał wszystkich. Głupio pytał, co widziałeś, szybko odpowiadaj, wtedy z zaskoczenia otrzymywał od nich potwierdzającą odpowiedź. To mu ułatwiało mieć nad wszystkimi przekonywującą przewagę. Niektórzy ludzie nawet bali się go, że ma do czynienia ze złymi duchami i ci wszystko mu przytakiwali. Takie cuda, mógł naigrywać sobie tylko z naiwnymi.

Bezpośrednio przy wznoszeniu budowy, każdego dnia, pracowało około 20 robotników fizycznych. To byli majstrowie, którymi kierował inż. Ginter Wieczorek.
Poznałem niektóre nazwiska i miejscowości jakich pochodzili:
Ze Smerecznego: Nacin Bazyli, Pychać Leszek, Hończar W. Seńko Jan
Z Mszany: Bidnyk Jan, Petrusik Andrzej, Weselak i Bańkowski D.
Z Barwinka: Faber , Druciarek Michał
Z Olchowca: Buriak J.
Z Ropianki Fedak, Hawrylak

Jak opowiadali mężczyźni biorący udział przy budowie, termin budowy został skrócony o około półtora miesiąca. Wiele nowinek, inżynier wprowadził na korzyść przyszłych lokatorów za co otrzymał nagrodę.
Budynek był ogromniasty jak na 15-tu żołnierzy. Miał powyżej 30 metrów długości i dwanaście metrów szerokości.
Na całej długości budynek był podpiwniczony. Pomieszczenia podzielone odpowiednio na magazyny broni, magazynki na amunicję, magazynki mundurowe, łaźnię, pralnię i magazyny żywności, kabiny WC i pomieszczenie na agregat prądotwórczy. Na parterze urządzono kuchnię, stołówkę, świetlicę, czytelnię, biura i pokoje oraz gabinet lekarski. Na poddaszu jednoosobowe pokoje wyposażono w eleganckie meble oraz pokoje gościnne.
Kasarnia na dwóch przeciwległych rogach budynku, ( po przekątnej ) miała bunkry obronne z grubego kamienia, wyposażone w karabiny maszynowe i szczeliny strzelnicze. Betonowe bunkry zostały tak skonstruowane, że pozwalały prowadzić ostrzał dookoła kasarni.
Architektura, styl zewnętrzny budynku, wewnętrzne rozwiązania i wyposażenie, odpowiadały warunkom pięknego górskiego hotelu.
Tą piękną drewnianą architekturę, szpeciły dwa betonowe bunkry, wbudowane w konstrukcje budynku. Wyglądało to jak nie przymierzając forteca.
Cały budynek osadzony był na wysokim fundamencie, który wykonany był z łupanych grubych kamieni. Fundament również miał zadanie obronne przeciw uderzeniom pocisków i ognia.
Światło elektryczne oświetlające kasarnię na zewnątrz i wewnątrz pochodziło z własnego agregatu.
Kasarnia pobudowana była w rekordowym tempie, w ciągu nie całego jednego roku. Miała podkreślać oręż sukcesów odniesionych nad armią radziecką na froncie wschodnim.
A czym była dla nas kasarnia? Nie opiszę wszystkiego, ale zamarkuję tylko w skrócie, że nas pozbawiła całorocznego wypoczynku, w niedziele, w święta, często i nocnego. Wielką, ciężką brudną robotą. Pozbawieniem zdrowia wielu ludzi. Pozbawienie życia młodego chłopca. Narażeniem nas na nieustanny lęk o życie, że kasarnia będzie ciągłym celem partyzantów. Oby dla Smereczan nie zakończyło się w przyszłości wielką katastrofą. Takie poczucie sprawiedliwści odczuwali Smereczanie.

Smutny pogrzeb.

Dzień pożegnania jaki nastał, był ponury ciemny i bez blasku. Cała wieś, okryła się żałobą. Słońce w tym dniu, zatrzymało się za ciemnymi obłokami, jakby chciało ukryć się aby nie być świadkiem tej okrutnej tragedii.
A szara, gęsta mgła, przewalała się między budynkami, między pagórkami, napełniając nasze oczy jeszcze większym smutkiem. Wydawało się, że wszystko w tym dniu stanęło w miejscu, znieruchomiało i przestało oddychać.
Tego ranka wstaliśmy wszyscy o jedną godzinę wcześniej aby dokonać rytualnego obrządku gospodarskiego przy inwentarzu.
Każde skrzypnięcie drzwi, każda głośniejsza rozmowa, wywoływała na twarzach zgrozę i wzbudzała lęk jakby zaraz nastąpić miał koniec świata.
Krzątaliśmy się wszyscy obok siebie w milczeniu. Tylko jeden pies jak nigdy skowyczał z samego rana, przerywając grobową ciszę. Nie łasił się, nie merdał ogonem jak zawsze a jedynie patrzył smutno jakby chciał wyrazić nam swoje zwierzęce współczucie.
Wycierając z twarzy łzy ubieraliśmy się w ciepłe ubrania. Dochodziła godzina 9-ta rano jednak na śniadanie nikt nie miał ochoty. Przytłoczeni smutkiem, wychodziliśmy jedni za drugim na drogę. Przed nami i za nami przesuwały się w ciemnej mgle pojedyncze sylwetki osób podążających w tym samym kierunku.
Śnieg pod nogami rozsuwał się, gwałtownie topniał i przybierał szary kolor. Szło się po nim nie wygodnie i ciężko bo nogi ślizgały się w bok. Nisko nad naszymi głowami ochrypłym głosem przeraźliwie krakały wrony, pogłębiając jeszcze bardziej istniejący nastrój. Przelatując tuż nad ziemią, buntowały się przeciwko ciemnej gęstej mgle.
Mijając kolejno dom po domu, żegnały nas z okien drobne światełka ledwo przedzierające się przez szarugę. Mając świadomość po co i gdzie podążamy, nie tylko płakały smutne oczy, płakały także i nasze serca.
Koło domu gdzie leżał w trumnie 18-sto letni chłopak, zgromadziła się niemal cała wieś. Chwila była szczególnie smutna bo zmarł na błahą chorobę świadom do ostatniej chwili życia. Przed śmiercią mocno cierpiał i błagał o pomoc. Jednak skuteczna pomoc, która uratowałaby mu życie nie nadchodziła znikąd.
Tym nieszczęśliwym chłopcem, był Leszek Pychać.
A jak do tego nieszczęścia doszło postaram się czytelnikowi poniżej przybliżyć.
Pychać Leszek to jego nazwisko rodowe, mieszkał i wychowywał się przy rodzicach tuż przy budowanej kasarni po drugiej stronie drogi w domu nr 29. W rodzinie było ich trzech chłopaków i najstarsza dziewczyna o imieniu Hanka. On w rodzeństwie był trzecim dzieckiem. Starszy od niego brat Bazyli do Niemiec wyjechał na ochotnika na początku 1940 roku.
Natomiast młodszy od niego Michał, od najmłodszych lat pasł inwentarz i uczył się grać na skrzypkach jako samouk...
W domu żyło im się biednie ponieważ ziemi przy gospodarstwie było mało. Jak tylko zapadła decyzja budowy kasarni w Smerecznym, Leszek pracę przy niej rozpoczął jako pierwszy. On już z taśmą biegał przy wytyczaniu fundamentu. Dzięki tej pracy obronił się przed wyjazdem do Niemiec.
Był chłopakiem układnym, bezkonfliktowym, nigdy nikomu nie wchodził w drogę i stronił od czynienia psot. Jako blondynek o jasnych długich włosach miał wiele cech sympatycznego przystojniaczka za co lubiły go dziewczyny. Zapamiętałem go osobiście ze szczegółami bo w każdą niedzielę do nas przychodził. Kolegował się z moimi starszymi braćmi. Słynął między kolegami i sąsiadami z tego, że lubił każdemu przy pracy pomóc. Był chętny i nie czekał aż go o pomoc proszono. Charakter miał dobry, wrażliwy, dzięki czemu zyskał sobie wiele sympatii i przyjaciół.
Chociaż za Leszkiem wiele dziewcząt się oglądało i okazywało mu wiele przychylności to jednak upatrzonej dziewczyny on nie miał. Był chłopakiem nieśmiałym i skromnym i nigdy nie miał w swoim charakterze aby słabostki dziewcząt wykorzystać. Nie miał w sobie złych ani zaborczych intencji.
Leszek na budowie wykonywał najcięższą pracę dlatego, że nie miał żadnego zawodu, żadnej specjalizacji. Pozostało mu pracować szpadlem, łopatą i taczką. Nie uchylał się i nie stronił od ciężkich prac i nie kombinował.
Niemcy nadzorujący robotników mieli do niego zaufanie i dlatego powierzali mu każdego dnia konserwację sprzętu i magazynowanie materiałów. Z tej racji że blisko mieszkał, przywoływali go po ukończonej pracy do zabezpieczania zwożonych na budowę materiałów.
Inżynier i nadzorujący budowę żołnierze, rozliczali go z materiałów jak magazyniera. I chociaż dobrze wiedzieli że pracował dobrze, uczciwie, solidnie to mimo tego litości nad nim nie mieli. Wykorzystywali jego pracowitość do końca posiadanych sił, doprowadzając go do ciężkiej choroby.
Po kilku miesiącach mozolnej harówki biedaczek zachorował. Zabolało go gardło ale pracy nie dali mu przerywać. Nie pozwolili mu się położyć, ciągle po niego przychodzili. Z placu budowy nie schodził, owijał szyję szalikiem i pracował dalej.
Potęgująca się zima, mróz, wichury śnieżne, coraz bardziej mu doskwierały. Po czym wystąpiło silne przeziębienie i zaraz wdała się wysoka gorączka, która odebrała mu siłę i powaliła go do łóżka.
Niezbyt dobrze ogrzana chałupa przyczyniła się także do natychmiastowej grypy. Cały ten zestaw chorób spowodował ciężki stan jego zdrowia.
Do najbliższego lekarza, który swój gabinet miał w Dukli było 12 kilometrów. Taki ciężki stan gorączki nie pozwalał zawieźć go saniami do Dukli. Stało się to już niemożliwe. Jazda w obydwie strony trwała by nawet 6 do 7 godzin co mogło by spowodować śmierć w drodze.
W tej sytuacji pozostało tylko babskie leczenie i płacz, którego w każdym dniu było aż nadmiar.
Dopóki mógł mówić, najbardziej narzekał na ból gardła za przyczyną którego tracił z dnia na dzień mowę. Rozpacz rodziny była niesamowita.
Schodziły się do niego kobiety z całej wsi z różnymi ziołami, z których robiono okłady i parzonki do picia. Bardzo wszystkie pragnęły mu pomóc a choćby nawet ulżyć w jego okrutnych cierpieniach. Nikt nie dopuszczał takich myśli, że są to jego ostatnie dni życia. Nikt też nie dopatrywał się, że w jego gardle buduje się śmiertelny wrzód.
Pochylona nad nim matka płakała i łkała z żalu, że tak okropnie cierpi, że nie przyjmuje jedzenia i picia. Nieustannie trzymała go za rękę i głaskała po głowie, błagając Pana Boga o pomoc, bo sama wobec tak ciężkiej choroby była bezradna. On tylko od czasu do czasu otwierał oczy i mętnym wzrokiem dziękował jej za czułe serce i troskliwą opiekę. Trzymała w rękach białą lnianą szmatkę i wycierała nią z jego czoła krople potu, a ze swoich policzków nieustannie spadające łzy. Czuła w sercu wielki żal do niesprawiedliwego świata, do tych, którzy sprowadzili na niego ten okrutny los.
Nie odchodziła od niego ani na chwilę, oparta łokciami o poręcz łóżka, zamykała oczy i błagała na głos Pana Boga o pomoc, o ratunek dla niego. Tym smutnym przeżyciom nie było końca.
W ciężkich dla niego chwilach odwiedzali go koledzy, koleżanki, sąsiedzi a także i robotnicy z budowy.
Nie było twardziela, który by nie zapłakał patrząc na jego straszliwą mękę. Wychodzili z domu wszyscy z policzkami zalanymi łzami. W wielkim przygnębieniu każdy serdecznie współczuł jemu i jego rodzinie.
Należy potwierdzić, że na takie wielkie współczucie on sobie z dużą nawiązką u każdego zarobił. Kiedy biedaczek całkowicie utracił mowę i wystąpiły trudności z oddychaniem, wtedy padło podejrzenie, że w gardle jest wrzód.
Na natychmiastowy ratunek w tym miejscu możliwości już nie było.
Jego życie uratować mógł tylko helikopter i stół operacyjny. Takiego luksusu, w tamtych czasach jeszcze nie było. Po kilkunastu godzinach Leszek zakończył życie. Udusił go wrzód i wyciekająca z niego żółto - czerwona flegma. A że tak było, potwierdziła to widoczna na ustach wspomniana wyżej ciecz. Taki był finał jego tragedii, cierpień i koniec jego życia oraz marzeń.
Bohater budowniczy nie dożył końca budowy kasarni, nie on był świadkiem jej ukończenia, ale to ona przyczyniła się do jego śmierci. Często i on był tym marzycielem, że w przyszłości, ten piękny hotel, stanie się własnością wsi i podźwignie kulturalne życie mieszkańców.

W dniu pogrzebu dom oblężony był przez całą wieś. Do nich dołączyłem i ja z moimi rodzicami.
Przez otwarte drzwi dochodził nas głośny płacz matki, rodziny i sąsiadów. Na podwórku też nie było osoby, która by nie ocierała łez. Niektórzy z obecnych tak zaraźliwie szlochali, że aż żal zaciskał gardło. Jedni ludzie wchodzili do mieszkania inni wychodzili. Były to ostatnie spojrzenia na nieżyjącego a zarazem pożegnanie go.
Pomimo tego, że ogromnie jako chłopiec bałem się zmarłego, jednak do mieszkania wszedłem z mamą.
Trzymała mnie mama za rękę, z której lał się pot, ze strachu i z wielkiego żalu. Od ogromnego płaczu trzęśliśmy się oboje.
Pod oknem przy stole była prosta, skromna trumna, zbita z czterech słabo pomalowanych desek. Nad nią stała pochylona do przodu jego matka, trzymała w rękach lnianą chusteczkę i co jakiś czas wycierała mu usta, z których coś kolorowego wyciekało.
Co chwila dotykała ustami jego czoła i ochrypłym głosem powtarzała: O mój Boże dlaczego w takiej chwili nam go zabrałeś. O mój Boże dlaczego, dlaczego i dlaczego.
To straszne echo w moich uszach powtarzało się bez końca. Nie mogłem przed nim ani uciec ani się od niego uwolnić. Z tamtego dnia, pozostały w moich oczach do dziś jego jasne długie włosy uczesane do góry i zamknięte oczy.
Pogrzeb był biedniutki, adekwatny do tamtych czasów, który wiernie odzwierciedlał naszą okupacyjną biedę.
Zapamiętałem i to, że trumnę położono na sanie, przymocowano ją łańcuchem, a cały orszak przesuwał się powoli obok kasarni w kierunku Wilśni. Na ten moment robotnicy samowolnie przerwali pracę, odwrócili się w stronę żałobnego orszaku, pochylili nisko głowy i oddali należną mu cześć.
Po małej chwili, żałobny orszak z trumną na saniach utonął w gęstej mgle. Ja i mama pozostaliśmy na drodze jeszcze przez chwilę zwróceni stronę ginącego orszaku ocieraliśmy płynące bez końca łzy.

Powrót do szkoły.

Zaraz po przejściu niemieckich żołnierzy ze szkoły do kasarni szybko nasi rodzice sprzątali i malowali ją. Nawet nie czekając na porządek wakacyjny zgłosił się nauczyciel i rozpoczęły się normalne lekcje. Robota przy sprzątaniu, malowaniu oraz noszeniu ławek trwała trzy dni.
Na następny dzień rozpoczęliśmy naukę. Tym razem nauczyciel zawodowo do pracy był przygotowany. Pochodził z Myscowej, był młody, miał 22 lata i nazywał się Michał Szkwir. Muszę powiedzieć, że wziął się do roboty ostro i z należytą profesją.
Rocznika, który w tym czasie miał ukończone 13 lat już nie przyjął. Z pozostałej młodzieży, której liczba i tak przekroczyła 40 osób utworzył trzy klasy.
Dyscyplinował od razu wszystkich: nieposłusznych, leniwych i tak zwanych "Harnasów" to znaczy tych, którzy chcieli uczyć nauczyciela. Rekwizytem dyscyplinującym była rózga. Na używanie jej miał zgodę i duże poparcie naszych rodziców.
Ja w tym czasie załapałem się do trzeciej klasy natomiast kilkoro moich rówieśników rozpoczynało od pierwszej i drugiej klasy. Powstałą pustkę, wykorzystywałem na intensywne samokształcenie i stąd awansowałem wyżej.
Bardzo lubiłem się uczyć i dlatego mocno przykładałem się do nauki. Po wakacjach naukę miałem rozpocząć w klasie piątej w Dukli. Przyjęcie już miałem załatwione.
W tym czasie mój starszy brat Michał kończył siódmą klasę w Dukli.
Sprawę mojego przyjęcia załatwił mi bez trudu. Warunki ku temu miałem bo zamieszkać mogłem u dziadka, który pracował we młynie. Rok szkolny 1943/44 trwał 12 albo 13 miesięcy ponieważ rodzicom i nauczycielowi chodziło o nadrobienie utraconego czasu. Pamiętam, że ta dzieciarnia od siedmiu do jedenastu lat bardzo polubiła szkołę i nauczyciela, mimo stosowanej przez niego surowej dyscypliny. Natomiast starszych chłopców ciężko było przełamać do nauki nawet przy pomocy rózgi i rodziców.
Z nich byli już karciarze, kombinatorzy, cwaniaczki i papierosiarze. To wojenna zawierucha i ohydne czasy okupacji wynaturzały młode pokolenie. Wtedy to instynktownie każdy młodziak nastawiony był na obronę, kłamstwo, na walkę o przeżycie. Okupant w latach 1943 - 1944 zabierał młodzież już po ukończeniu 15-go roku życia do różnych przymusowych prac. Ucieczki i obrona o zachowanie wolności były koniecznością. Stąd wzięły się u nich nawyki partyzanckie.
We wsi pozostało zaledwie 16 chłopców i dziewcząt w wiek od 15 do 19 lat. W tym dziesięciu co się już dwa lata i więcej ukrywali. Pracowali bądź pilnowali bydło blisko lasu albo siedzieli w lesie. Zimą trzymali się bliżej kryjówek, które przygotowane mieli na strychu głęboko w sianie lub w słomie.

Ratujcie tradycje !

Puste miejsce po dorosłej kawalerce we wsi zajęli 14 i 15 letni chłopcy. Na wsi młodzież sprawowała aktorską rolę wypełniania życia kulturanego. Oni jakby z konieczności przejęli pałeczkę od star-szych kolegów aby kontynuować tamte piękne, wiekowe tradycje.
Starsi, to znaczy dziadkowie i ojcowie, z dumą chwalili młodych następców. W okresie zimy, długie noce były ku temu dobrą okazją. Rzecz polegała na tym, że prawie każdego dnia organizowano tak zwane wieczorki. Aby nadać imprezie charakter urozmaicony, wieczornice miały odbywać się co wieczór w innym domu.
Każdorazowo należało uzgodnić z gospodynią mieszkanie a potem donieść stołki, ławeczki, światła naftowe itp. To wymagało wielu pomysłów, sprytu, śmiałości i elastycznego podejścia ponieważ sprzęt był pożyczany.
Nie każda gospodyni czy gospodarz wyrażali na to zgodę ponieważ na drugi dzień trzeba było sprzątać i odnosić pożyczony sprzęt. Chłopcy wspaniale potrafili rozegrać punktualne przerzucanie tego sprzętu na imprezę oraz po imprezie. Żadna gospodyni nigdy nie miała uwag.
Dyscyplina w tym zakresie była tak wysoka, że gospodynie same zapraszały młodzież na wieczorki.
Wieczornice miały wspaniały cel. Najważniejszy to przędzenie lnu, wełny, robienie na drutach, wyszywanie serwetek, wyszywanie damskich bluzek itp. Po dwóch lub trzech godzinach pracy pożytecznej co najmniej dwie godziny i więcej przeznaczano na tańce, gry i romanse. W pracach pożytecznych często też pomagali chłopcy czyli tzw. kawalerka a w tym konkretnym przypadku raczej podlotki. Na pierwsze miejsce stawiano zawsze prace a dopiero na drugim przyjemności.
Z racji tej, że wieczorki w wydaniu tych chłopców były w większości bardzo spokojne, miłe i sympatyczne brały w nich udział i starsze pary w wieku powyżej trzydziestki. Akceptację młodzi uzyskali wielką, weszło to w codzienną rutynę. Młodzi organizatorzy poczuli się ważni, niezastąpieni i zajęli pozycję jako dorośli i w pełni dojrzali. Pomimo młodego wieku, stopniowo nabierali odwagi. Bariera nieśmiałości ustępowała i dochodziło między nimi do trwałego kojarzenia się par miłosnych. Okazało się, że miłości uczyć ich nie potrzeba.
Sami potrafili wejść na ścieżkę odwagi i już w tym młodzieńczym wieku torowali sobie drogę do przyszłych związków.
Nawet i rodzice z radością i sympatią te związki akceptowali, w zaciszu serca życzyli im szczęśliwej i radosnej miłości. Okazało się wkrótce, ze takich młodych i sympatycznych par było wiele, wymieniać z nazwiska ich nie będę, mimo tego, że wiele z nich zapamiętałem.
W okresie zimy na tychże wieczorkach nabierali rutyny, przekazując sobie z radością na ucho, same miłostki.
Tańcząc, przylegali do siebie, wymieniali spojrzenia, tworzyli przyjemny klimat i wspaniałą zabawę. W tym czasie zanosiło się na całkiem fantastyczną przyszłość.
Po ukończonej zabawie każdy chłopak jak doświadczony partner, odprowadzał swoją dziewczynę aż do drzwi domu na co starsi od nich koledzy w przeszłości zdobyć się nie mogli. Chyba brakowało odwagi.
Świadczyło to o tym, że rozumieli doskonale życie w obecnej rzeczywistości. Po wywiezieniu starszych od nich to oni byli tym pierwszym ogniwem w łańcuchu do kontynuowania ciągłości rodzin.
Rozgrzebując tamte wydarzenia z perspektywy odległych lat, ośmielę się na małą refleksję, że było to jakieś przebudzenie albo natchnienie, iż nie wolno dopuścić do zamknięcia dziejów pokoleniowych, że trzeba ratować ginący świat. Dalszą konsekwencją tego, było i przyzwolenie dla młodych na wszystko, no powiedzmy "prawie" na wszystko. Może z obawą ale świadomie i odważnie.
Było to piękne i zarazem smutne. W tej zawierusze wojennej pozbawionej realizmu nikt nie był w stanie odgadnąć, co wydarzy się jutro.
A może za rok lub dwa pozostałych młodych spotka ten sam los co spotkał ich starsze siostry i braci ?
Latem w 1943 i 1944 doszło do tego, że młodzież w ciągu dnia nie mogła się gromadzić, nie mogli urządzać już żadnych wspólnych imprez. Byli narażeni na to, że w każdej chwili mogą być zgarnięci przez żandarmerię lub gminną policję.
Dla ochrony własnej trzeba było ze wszystkich przyjemności rezygnować. Jedynie zimową porą mogli się spokojnie wieczorami spotykać. Dopiero o zmroku czuli się bezpiecznie. Ochraniał ich śnieg, zmrok i partyzanci.
Na spotkania letnie można było sobie pozwolić jedynie pod osłoną nocy. I właśnie ta rozbawiona, urocza młodzież, pragnąca miłości, czułości, wykorzystywała letnie ciepłe wieczory i spotykała się. Ale, ale....?
Spotykała się bardzo często w kopkach na sianku w polu, na sianku w stodołach, na strychach itd.
Spałem i ja na strychu na sianie, dlatego udało mi się kilka razy podsłuchać rozmowę trochę starszego ode mnie brata z jego kolegami na tematy odbywających się spotkań, romansów, przyjemności. Opowiadali na świeżo swoje przeżycia, wrażenia, odczucia, nazywając to wszystko po imieniu. Wynikało z tego bardzo wyraźnie, że większość tych niewinnych dziecinnych romansów, sprowadzała się nawet do seksu. Zaś u niektórych par bardziej dorosłych, nawet do częstego seksu. Ale nie wątpię, że nie brakowało wtedy i samochwalstwa, ponieważ opowiadaniom towarzyszyły wielkie emocje. Trzeba to też uwzględnić, że porywała ich duża fantazja. Ja w tedy miałem 12 lat, oni byli starsi ode mnie od 3 do 5 lat. Słuchałem i strasznie w to wierzyłem, ciesząc się, że będę mógł tymi wiadomościami podzielić się z moimi kolegami. Takimi kategoriami myślałem w tedy.
A może było to tak, że ja słyszałem o czym mówią ale nie bardzo rozumiałem co mówią?
A może to nie było do końca prawdą co oni sobie opowiadali?
Natomiast dobrze słyszałem takie powiedzenie, cytuję: "jeżeli mnie za rok lub za dwa, wywiozą do Niemiec i tam będę musiała stracić cnotę panieńską, to ja wolę dzisiaj zrobić to tu i teraz, z chłopakiem, którego bardzo kocham". To też coś za siebie mówi. Nie potrzeba tu wielkiego filozofa, że był to już język desperatki, wynikający z sytuacji i otoczenia. Takie myślenie brało się z okupacyjnego reżimu i niepewnego jutra.
Nikt nie znał odpowiedzi w jakim kierunku potoczyć się może wojna. Dlatego jestem bardziej skłonny do usprawiedliwienia niż oskarżania. A rozważając dalej, myślę, że tak dokładnie o wszystkim rodzice nie wiedzieli, była to na pewno tajemnica ścisłego grona. Wpadek nie było, zatem nie mogło być i podejrzeń.
Jeśli na ten fakt spojrzymy prze pryzmat tradycji wiejskich z tamtego czasu, to dla wygody i lepszego wypoczynku, młodzież od 10 roku życia w okresie lata spała na pachnącym sianku, na strychu bądź w stodole. Sen na świeżym powietrzu był zdrowy i przyjemny. Każdy miał dużo miejsca, nie ograniczoną przestrzeń, pełną swobodę, stwarzało to komfortowy wypoczynek a więc musiało to pozostawać poza kontrolą rodziców. Ta rodzinna wygoda była niemal powszechnie stosowana w wielkiej okolicy.
I właśnie od tamtego kultowego miejsca brały się pary małżeńskie od najdawniejszych lat. Nic w tym dziwnego. Do całości tych rozważań trzeba dodać, że młodzież w tamtych i przedwojennych latach, nie miała do dyspozycji świetlic, stadionów, choćby nawet amfiteatrów na polu; po prostu skazana była na klepisko, izbę domową czy nawet to przysłowiowe sianko.
Myślę, że nie trzeba wiele dodawać, że młodzieńcza energia, siła, chęć wyżycia się, miała swój dynamit i ekspresję nie mniejszą niż dzisiaj. A że na rozrywki nie mieli innego miejsca, nic więcej nie pozostawało do dyspozycji niż sianko w każdym dogodnym miejscu.
Tradycję w jakimś skrawku uratowano ale ciut ciut ucierpiała pozorna moralność. Nic za darmo.

Miłosne historie, tamtych młodych dziewcząt i chłopców oraz starszych od nich kolegów wywiezionych do Niemiec zakończyły się smutno. Nawet bardzo smutno. Żadna para, które łączyła młodzieńcza miłość i przyjaźń, po wyzwoleniu nie uwieńczona została związkiem małżeńskim. Do tego nieszczęścia dołożyły się także dalsze wojenne skutki jak choćby straszna bitwa o Smereczne, po której wieś przestała istnieć na zawsze.

Łapanki.

Łapanki na ukrywającą się młodzież zaczęły się pod koniec 1942 roku. Opisałem ich kilka w mojej książce pod tytułem "Wspomnienia z życia Smereczan". W tej książeczce pokażę tylko jedną ponieważ odzwierciedla ona cały okres okupacji.
W krajobrazie tamtych wsi łapanki stanowiły motto przeżyć ludzkich. Strzelano za uciekającą młodzieżą jak do kaczek. Organizowały je niemieckie specjalne plutony żołnierzy i żandarmeria.
Brały się od wczesnej zimy 1942 roku i trwały do lata 1944 . Wpadali do wsi wcześnie rano a na listach mieli spisaną młodzież każdego domu od lat 16-stu i mężczyzn nie wywiązujących się z kontyngentów oraz byłych żołnierzy wojska polskiego tzw. "wrześniowców".
W latach 1943 i 1944 armia hitlerowska ponosiła już totalną klęskę na wszystkich frontach świata.
Niemieckie fabryki i zakłady zbrojeniowe były celem nieustannego alianckiego bombardowania. Cała machina niemiecka aby stawić czoło stronom atakującym, potrzebowała nowych ludzi do ciągłego odbudowywania niszczonego potencjału przemysłowego.
W ostatnim 1944 roku, Niemcy łapali i wywozili do siebie każdego kto im wpadł w ręce.
Jedną łapankę z tego czasu zapamiętałem szczególnie dobrze bo już miałem 12 lat i sporo też ucierpiałem. Według mnie była ona najbardziej dla nich nie udana. Nie udana bo nikogo nie złapali i nikogo nie zabrali.
W dniu w którym przyjechali była gęsta śnieżyca i zawieje. Właśnie w takie dnie lubili znienacka wpadać. W miesiącu lutym a szczególnie w górach dzień widny robił się dopiero, przed godziną 9-tą rano.
Jechali dużym samochodem z kierunku Tylawy a głębokie zaspy zatrzymały ich między górą Kaczurka i Wapno. Tam musieli samochód pozostawić.
Na nasze szczęście w tej gęstej, wirującej zadymce śnieżnej, pobłądzili i poszli do lasku zwanym "Pod cyhłami", omijając o kilkaset metrów wieś.
Czujne nasze psy, wytropiły ich i narobiły głośnego hałasu. Wtedy z szybkością błyskawicy alarm ostrzegawczy przeleciał przez całą wieś. Tym razem do lasu Niklowec wymiotła cała wieś. Brać męska od 14 do 70-ciu, a żeńska, też od 14 do 50 lat.
W domach pozostały dzieci, starcy i kobiety w ciąży. Zanim żandarmi wkroczyli do domów nie zastali nikogo z poszukiwanych ani żadnego mężczyzny.
Tego się nie spodziewali. Naprędce zorganizowali około siedem grup po trzech w każdej. Rozpoczęli brutalne przetrząsanie dom po domu. Wściekali się jak hieny kiedy zobaczyli, że w domu są tylko małe dzieciaki i starcy. Szukali kryjówek w stajniach, oborach i na strychach. Przebijali bagnetami słomę, siano. Przewracali skrzynie, beczki itp. Nikogo w całej wsi nie znaleźli. Ze złości powypędzali wszystkich z domów i mówili, że jeżeli mężczyźni natychmiast nie stawią się tu przed nimi to będą podpalać domy.
Wyglądaliśmy z domu przez okna do naszych sąsiadów skąd dochodził do nas głośny krzyk żandarmów, płacz kobiet, dzieci i starców.
Większość małych dzieciaków i stare kobiety stały w śniegu na bosaka. Żandarmi ciągle pytali gdzie są mężczyźni. Do nas zjawili się około godziny dziesiątej.
Poszukiwanie zaczęli od stajni, strychu, spichrza i wozowni.
Do mieszkania weszli po kilkunastu minutach. Od razu z krzykiem "wo ist der Vater" - gdzie jest ojciec. Ja ze strachu i konieczności stałem się tłumaczem i od razu wybełkotałem: "der Vater fohren nach wald arbeiten" to jest w przybliżeniu, że pojechał do lasu pracować. Jeden z nich złapał mnie za ucho i okropnie się na mnie darł. Zrozumiałem z tego tylko kilka słówek "Wen ich ihn fange tote ich ihn wie eine schweine" co by oznaczało, jak go złapię zabiję jak świnie. Na to nie odpowiadałem ale ze strachu tylko płakałem. Zaraz wygnali nas z domu na podwórko.
Darł się by uciekać i wynosić się z domu. Nas przed domem stało czworo: mama, stara ciotka, moja 9-cio letnia siostra Marysia i ja. Miałem wtedy 12 lat. W mieszkaniu pozostał najmłodszy brat Wiesiek, który w tym czasie spał w kołysce.
Baliśmy się o niego, że jeśli podpalą dom czy zdąż-my go wynieść. Na podwórku słyszałem i zrozumiałem z tego kilka słów a jeden z nich darł się że podpalą dom.
Przed domem staliśmy około godziny. Oni szukali na strychu w słomie. Mi kazali iść po ojca do lasu a pozostałych puścili do domu. W tym czasie przypomniałem sobie szkołę i pomyślałem, że nauka nie poszła w las. Jednak przydało się zapamiętać tamtych ponad sto słów.
Wydany mi rozkaz zrozumiałem i natychmiast biegłem drogą w górę wsi do lasu. Jednak przy piątej chałupie zostałem zatrzymany przez strażnika i tam musiałem przy nim stać.
Wyzwolił mnie ten, który mnie wysłał ale najpierw nakrzyczał na strażnika a mi kopnął w tyłek i powiedział "verschwinde kleine shweine" oznaczało to uciekaj mała świnio. W sąsiednich domach słyszałem jak starych mężczyzn okładali kijami i kazali im się ubierać. Nie mieli litości nad dziećmi i starcami stojącymi na bosaka w śniegu.
Po godzinie 13-tej większa ich część pomaszerowała do Wilśni na taką samą akcję. Tam z zaskoczenia kilku mężczyzn dopadli. Byli w różnym wieku od 16 do 60-ciu lat.
Ze Smerecznego zabrali trzech starych chłopów pod osiemdziesiątkę. Przytrzymali ich w Tylawie na punkcie zbiorczym do zmroku i zwolnili. Do domu stare dziadki powrócili w tym samym dniu po godzinie 21-szej.
Ta przerażająca łapanka była już ostatnią akcją w 1944 roku zorganizowaną z udziałem żołnierzy.
Tym razem zabierali i tych, którzy uprzednio byli zwolnieni od przymusowego wywozu. O tym już ludzie wiedzieli i dlatego uciekali do lasu wszyscy kto żyw.
Dla nich ważny był człowiek zdolny do pracy i nie interesowało ich kim on jest.
W tym czasie front niemiecko-rosyjski zbliżał się już do granic polskich. Oni zdawali sobie sprawę z tego, że dłużej niż jeden rok w Polsce nie utrzymają się. Dlatego wywozili do Niemiec wszystkich kogo dopadli. Jeszcze przez parę tygodni nękała nas gminna policja. Ci wpadali na rowerach w biały dzień po dwóch lub trzech i buszowali po wsi. Nadal poszukiwali ukrywających się.
Nasz dom lustrowali systematycznie za każdym przyjazdem. Szukali ciotki Ewy i mojego brata Janka.
Nie omijali także domu mojego stryka Grzegorza Chudyka i Mikołaja Bugla, których mieli na listach od czterech lat, jako byłych żołnierzy kampanii wrześniowej z 1939 roku. Na tych dwóch asów mieli największą chrapkę. Oni dwaj byli czujni przez całe pięć lat (kilka akcji na nich opisałem w mojej książce)
Już od 1943 roku aż do słynnej wrześniowej bitwy o Smereczne, żandarmi i wojskowi panicznie bali się partyzantów, których już było dużo w każdym lesie.
Dlatego wieczorami i w nocy żadnych akcji nie organizowali. Ci zaś, którzy jeszcze siedzieli w miejscowej kasarni, do niczego się nie angażowali.
Mieli podejrzenie na kilku mężczyzn że kontaktują się z partyzantami. Jednak ta wiedza jeszcze bardziej ich paraliżowała. Na potwierdzenie, że partyzanci często działali, zacytuję dwa przypadki z książki Pana Jarosława Zwolińskiego p.t. "Łemkowie w obronie własnej"
" ...5 kwietnia 1943 roku urządzono zasadzkę pod wsią Smereczne koło Tylawy na niemiecką straż graniczną. Zdobyto 2 karabiny, mundury z dokumentami, 40 000 zł. i marki, wiezione na wynagrodzenie dla pogranicznej placówki..."
Przyznam, że o tym fakcie dowiedziałem się dopiero z książki. Starsi mężczyźni utrzymywali to w tajemnicy.
Cytuję następny fragment " ...W pobliżu Dalowy rozbrojono trzech Niemców. Na rozdrożu do Dalowy i Tylawy - rozbrojono komendanta policji. W Tylawie ukarano komendanta chłostą za nadgorliwe interesowanie się partyzantami. Takie codzienne akcje spowodowały, że przy lasach Niemcy umieszczali tablice ostrzegawcze "Achtung Banditen !" Przy moście w Tylawie przed rozwidleniem drogi do Mszany, z zaskoczenia zatrzymano kilka wozów transportujących mundury, broń, amunicję i żywność. Najcenniejsze były 3 cekaemy i motocykl. W Iwli zabrano broń Niemcom, którzy, zbierali tam kontyngenty..."
Te akcje organizowali partyzanci z oddziału Borci za swobodu. Ich dowództwo mieściło się w Myscowej.
Specjalnie wybrałem te drobne akcje ponieważ miały one miejsce blisko Smerecznego co podkreśla ich obecność w tamtych oklicach w latach 1941-44.
W czerwcu 1944 roku doszło do zbrojnego napadu na kasarnię w Smerecznem gdzie stacjonowała jeszcze niemiecka straż graniczna. Akcję tą przygotował niewielki oddział AK z okolic Dukli. Bitwa była wielka i trwała przez kilka godzin w porze nocnej.
Partyzanci atakowali z pobliskiego, niewielkiego potoczku z broni ręcznej, granatami i koktajlami Mołotowa. Celem ataku na kasarnię było zdobycie jej bądź podpalenie wraz z obsadą.
Dostęp do kasarni był trudny. Ogrodzona była wysokim płotem z kolczastego drutu.
Pozatym dookoła kasarni pole było równe i gołe, Niemcy mieli doskonałą obserwację. Z dalszej odległości gdzie zajęli pozycję partyzanci, dorzucenie granatem do ściany kasarni było niemożliwe.
Niemcy bronili się z dwóch betonowych bunkrów wbudowanych w kasarnię, z których ostrzał mogli prowadzić dookoła obiektu. Ponadto dysponowali mechanicznymi wyrzutniami rakiet oświetlających przedpole co utrudniało partyzantom zbliżanie się do obiektu.
W tej kilkugodzinnej bitwie ranny został jeden partyzant. Natomiast Niemcy nie odnotowali żadnych strat. Dla nas mieszkańców bitwa była dużym przeżyciem i wielkim zagrożeniem bo od zapalających pocisków mogły zająć się słomiane dachy domów. Pociski karabinowe dziurawiły je jak sito. W tym czasie wiele dzieciaków spało na sianie pod dachem i też mogły zostać trafione.
Pamiętam, że nas rodzice sprowadzili nas ze strychu do mieszkania i wszyscy w czasie tej strzelaniny leżeliśmy na ziemi.
Po kilkunastu tygodniach kucharki ujawniły parę szczegółów tej akcji. Było to mniej więcej tak:
Atak na kasarnię dla wojskowych był wielkim zaskoczeniem. Wszyscy o tej porze byli już porozbierani do koszul, do dresów, niektórzy leżeli na łóżkach. Zaś wartownik w tym czasie wszedł do środku budynku.
Jeden żołnierz nie uzbrojony znajdował się poza ogrodzeniem około 200 metrów na polu. Był miłośnikiem przyrody, z cywila rolnik. Obserwował zwierzynę. Kilku z nich było na urlopie. W tym momencie oddział partyzantów mógł wejść do środka z bronią na ramieniu.
Po pierwszym uderzeniu partyzantów, Niemcy w panice biegli na bosaka w koszulach do bunkrów i przez chwilę nie mogli zorganizować obrony. Komendant wskakując do bunkra potknął się o próg i wypadł mu z ręki pistolet, który wystrzelił i zranił biegnącą za nim kucharkę w nogę. Do walki zdolnych było zaledwie kilku żołnierzy, którzy biegali od jednego do drugiego stanowiska i pozorowali, że walczy ich dużo.
Ten żołnierz, który znajdował się poza ogrodzeniem, musiał doczołgać się do kanału ściekowego aby ukryć się przed pociskami i tam przeleżał aż do rana. Tyle wiadomości od strony kuchni, które poznałem przed paru dniami.
Gestapo z Krosna przez kilkanaście dni prowadziło ostre śledztwo. Jego skutki były bardzo bolesne dla wszystkich mieszkańców Smerecznego.

Ciąg dalszy już wkrótce

Tytuły następnych rozdziałów
Dezercja Michała i Grzegorza
Moja rodzina i ja w czasie okupacji
Zasługują na przypomnienie
Kasarnia i wyzwolenie Olchowca
Kasarnia i wyzwolenie Barwinka
Bitwa o Smereczne ( śmierć Michała)
Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
503

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 9 i 9: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 7 osób
Logowanie