• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część I-sza
 

W s t ę p.

Pragnę zwrócić uwagę, że to, co czytelnik spotka w tej opwieści, to jest nie tak odległa historia, pokazana na konkretnych faktach z okresu II Wojny Światowej. Opisane wydarzenia dotyczą zaledwie kilku wiosek małego obszaru Dukielskiego. Zapewniam, że zaprezentowanych 90% zdarzeń, dotknęło setki Beskidzkich i Bieszczadzkich wsi, począwszy od Dunajca aż po San. Pokazując wizerunek wsi Smereczne, w latach 1939 miałem na myśli przedstawić stan faktyczny życia pewnej grupy ludzi z jej kulturą, obyczajowością i stanem zamożności. Jako saldo istnienia i podobnych kilka setek wsi. Podejmując temat małej historii z lat 1939-1945, zapragnąłem wyjawić, cierpienia ludzkie, spowodowane wojną, okupacją, przemocą i bezwzględnym wyzyskiem silniejszego. To z jednej strony. A z drugiej, choć bezradną ale podejmowaną obronę w celu przetrwania i ocalenia ciągłości kultury, tradycji i obyczajów. Przy okazji wylazło jak szydło z worka, jak człowiek, człowiekowi na tej ziemi może być nieprzyjaznym wilkiem. Myślę, że byłoby błędem taką historię zabrać ze sobą do grobu. Tym bardziej, że 80% tamtej cywilizacji przeszło już w zapomnienie. Jednocześnie zastrzegam się, że z 5-cio letniego okresu okupacji, jest to jedynie mała pigułka ze wszystkich faktów. Mam również na myśli, że byłoby wielkim grzechem, nie pozostawić dokumentu dla przyszłych pokoleń, że 60 lat temu, istniały jeszcze: wieś Smereczne, Wilśnia, Ropianka, Olchowiec i kilkadziesiąt podobnych w Beskidzie Niskim.To za przyczyną wojny i dalszej powojennej brudnej polityki zostały one wymazane z mapy A przecież istniały przez kilkanaście wieków. Zapraszam do przeczytania

Leszek Hrabski ( autor wspomnień )


CZĘŚĆ I


Jesień 1939

W tym dniu, akurat była gęsta biała mgła. Widoczność przed siebie mierzono do pięciu długich kroków. To na dolinach.
Kto w tym dniu był na Maliwskiej Dolinie, ten miał słońce, a w dole przewalały się bałwany chmur. Widok podobny jak z samolotu, który leci nad chmurami. O tej porze roku, lato wkroczyło w ostatnią fazę dekady. Kalendarz odmierzył już 14-sty dzień września 1939 roku.
Pomimo tego, że lato się kończyło, to jednak słońce w porze poobiedniej dogrzewało jeszcze bardzo solidnie, jak w środku lipca. Temperatura w porze obiadowej przekroczyła 22 kreski.
Dzięki łaskawej pogodzie, wielu opóźnionych rolników zbierało jeszcze drugi, a niektórzy trzeci pokos pięknego zielonego siana. Zmiany strategiczno-polityczne jakie zaszły od 1września 1939 roku, w skutek wkroczenia niemieckich okupacyjnych wojsk, nie mogły mieć wpływu na geograficzny zegar. Odwieczne pory roku, biegły bez zakłóceń jak zawsze swoim wyznaczonym czasowym torem.
Rolnik nie mógł żyć polityką, bo przyroda wyznaczała mu pracę, czy on miał zły, czy dobry humor. Trzeba było rano wstać i według zegara, obsłużyć w pierwszej kolejności inwentarz żywy, a następnie podejmować te prace, które w dniu następnym obniżały swoją wartość lub nie dały się nadrobić.
W przyrodzie często jest tak, że w piątek jest za wcześnie zbierać plon a w poniedziałek już za późno. Do kaprysów przyrody rolnik musi się zawsze dostosować.
Niemcy ugruntowując swoją okupacyjną władzę, postanowili we wsi realizować natychmiast swoje strategiczne cele wojskowe. A były to:
- naprawa lokalnych dróg, które na ten czas były nie przejezdne dla samochodów
- pogłębienie i oczyszczenie przydrożnych rowów do odpływu wody i osuszenie drogi
- zainstalowanie niezależnej telefonicznej linii wojskowi do połączenia się z pokrewnymi sobie placówkami wojskowymi.
Prace te, wykonywali ludnością cywilną wsi jak również materiałami z gospodarstw rolnych. Nie interesowały ich pilne prace polowe rolników. Poza tym, gospodarze musieli wycinać z własnych lasów najpiękniejsze jodły, smreki, na telefoniczne słupy. Żal było tych dorodnych sztuk, hodowanych przez dziesiątki lat. Jednak nie odważył się nikt im sprzeciwiać.
Tym bardziej, że w pierwszych tygodniach pobytu, swoją przewagę nad nami, podkreślali mocno przy każdych wydawanych poleceniach. W między czasie sołtysowi nakazali opróżnić ze wszelkiego sprzętu szkołę miejscową i przygotować ludzi do odnowienia jej. Przeznaczona miała być na ich cele. Skłaniało to ludzi do przypuszczeń, że jakaś osobistość tutaj zamieszka. Najwięcej stawiano na jakiegoś namiestnika państwowego, reprezentującego władze okupacyjne.
Potem posypały się następne nakazy zobowiązujące ludność do; zorganizowania stróżowania na wsi w liczbie dwóch osób, od zmroku aż do rana, którzy będą spacerować wzdłuż wsi. Osoby te winni być uzbrojeni w grube okazałe kije. Jak się po niedługim czasie okazało, te nocne stróżowanie nie mogło być, pełnione tak sobie na niby. Jak to bywało kiedyś za starej przedwojennej władzy. Po pierwszej doraźnej kontroli wpadkowicze zostali surowo ukarani.
Dzięki jednak temu, że na swoją obronę mieli ważne tłumaczenie, że w tym czasie, kiedy nie było ich na drodze pomagali gospodarzowi przy wycieleniu krowy.
Wiarygodność podanego powodu sprawdzona została skrupulatnie, nawet i wizualnie.
Jak na pierwszy raz, alibi było dobre na ich obronę, bo kara została im wyraźnie złagodzona. Inaczej byliby zapisani na czarną listę. A to byłby wielki haczyk na przyszłość.
Po tym incydencie, sołtys został zobowiązany do wprowadzenia zeszytu, w którym należało odnotowywać wszelkie ważne wydarzenia bądź zaobserwowane zmiany. Każda zmiana warty, składała w nim swój podpis.
Nikt z mieszkańców nie miał najmniejszych wątpliwości, że okupant wprowadza surową dyscyplinę i okrutne zniewolenie. Każdy uświadomił sobie, że to nie przelewki, że każde polecenie trzeba wykonać szybko i bez zastrzeżeń. Przysłowiowo, zadrżały nogi wszystkim.
Z każdym dniem, ponad wszelką wątpliwość ludzie zaczęli tracić wiarę w spokojne życie. Przyszłość stawała się wielką zagadką. Poza tym z okolicznych miejscowości i miasteczek, dochodziły także niepokojące sygnały o aresztowaniach, księży, nauczycieli, ludzi nauki, byłych wojskowych.
Że odbierane są Żydom kamienice i wszelaki majątek trwały np. tartaki, młyny, masarnie, ziemię, lasy itd.
Wydarzenia te wzbudziły wielki niepokój w śród ludności cywilnej.
Na początku października, sołtysowi i mieszkańcom Smerecznego, przekazano do wiadomości, że szkołę zajmą żołnierze straży granicznej, którzy będą patrolowali granice.
Zaraz też sołtysowi wydali polecenie, aby wysłał furmanki do Dukli po meble i inne wyposażenie dla nich.
Zagadka została rozwiązana, z tą większą obawą, że ponownie młodzież w wieku szkolnym pozbawiona zostanie normalnego powszechnego nauczania. I tak się niestety stało.
To oczywiste, że sprawą nauczania okupant się nie zajmował. Ta sfera naszego życia, pozostała nadal zmartwieniem rodziców.
Nie czekając na dalsze poczynania okupanta, gospodarze weszli w pełny okres prac jesiennych. Całą parą przystąpili do kopania ziemniaków, buraków, wycinania kapusty, siewu ozimin oraz gromadzenia ściółki dla inwentarza na okres zimy, zbierając między innymi liście z drzew.
Następną bardzo ważą pracą, było wożenie z lasu drzewa na opał. Na te potrzeby przeznaczano przeważnie odpady w postaci wywrotów, uschniętych jodeł i gałęzi, z własnego lasu.
Była to jedna z najcięższych prac, wykonywana ręcznie piłami i siekierami. Przygotowane kawałki, tak zwane szczapy, sągi trzeba było wynosić z lasu na plecach na drogę, skąd ładowano na furmanki.
Wysiłek ze wszech miar był opłacalny dlatego, że drewniany opał był pozyskany za darmo.
Od 1.X. 1939 roku mieliśmy 14-stu woskowych zakwaterowanych w szkole. Sprzęt, meble i całe wyposażenie przywiezione zostało naszymi furmankami z Dukli. Po ulokowaniu się, jeszcze w tym samym dniu, dali sołtysowi polecenie, aby na jutro zebrał 15-u mężczyzn do przygotowania drzewa na opał. Sam sołtys miał pokierować robotnikami. Szef grupy, utworzył trzy brygady, wycinających, wożących oraz piłujących drzewo. Po pięciu dniach, ku wielkiemu zdziwieniu, nawet samych pracujących, hałda drzewa, urosła do wielkości budynku szkolnego. Uznali to za sukces stulecia.
Wielu przechodzących podziwiało tą wielką robotę, mając na uwadze, że w tak krótkim czasie tyle zrobiono. Przy dobrych chęciach i góry przewalać można, tak mówi ludowe porzekadło.

Ewa i Michał, niespełniona miłość.

Na pole, do wykopania reszty ziemniaków i wycięcia zagonu kapusty, wybrała się Ewa sama.
Ze sobą zabrała koszyk, kilka lnianych woreczków, motykę i tasak. Wykorzystując ciepłą i słoneczną pogodę, ubrała się ładnie, jak na kiermesz.
Jej jasne długie włosy, zaplecione w dwa grube warkocze, długością sięgały aż do pasa. Nie muszę dodawać na ile przyozdabiały jej i tak zgrabną sylwetkę. Przerzucała je z podkreślaną dumą raz na plecy, innym razem przesuwała je do przodu. Na dodatek duże niebieskie oczy, pulchna sylwetka , wyraziście podkreślały urodę.
Z natury była skromną dziewczyną i zarazem skrytą. Nie miała w charakterze wykorzystywania swojej urody, do robienia hałasu wokół swojej osoby. Nie mniej jednak, była dumna ze swojego zewnętrznego wyglądu. Atutem dumy był jeszcze jeden liczący się na wsi aspekt, że pochodziła z najbogatszego domu. To też była ona perłą wsi.
Przystawiało się do niej wielu chłopaków, nie tylko ze Smerecznego, ale i pobliskich wsi.
Wracając do początkowego wątku, ubrana była ładnie w tym dniu, jednocześnie pragnęła zachować w pełni formę stroju regionalnego, do którego na wsi przywiązywano tak wielką wagę.
I nie bez powodu starała się ładnie do tej pracy wystroić. Spodziewała się, że dołączy do niej jej chłopak, z którym dwa lata utrzymywała koleżeńską znajomość.
Jego dłuższą nieobecnością była jakby troszeczkę zaniepokojona. Co chwila podnosiła głowę do góry spoglądając w lewo i prawo, wypatrywała nadejścia Michała. Tym bardziej, że cięższą robotę pozostawiała na koniec, jakby liczyła na jego pomoc. Akurat Misiek zjawił się nieoczekiwanie z innego kierunku niż się go spodziewała. A dając jej duży dowód szacunku, krokiem pośpiesznym zbliżał się do Ewy. On także pragnął być u niej wcześnie niż mu to wyszło, ale zatrzymały go niespodziewane obowiązki.
Szczere spojrzenia i serdeczne słówka powitania z obu stron, były bardzo czułe, jednak bez pocałunku. Powiedzmy, że w tamtych czasach nie było zwyczaju, aby młoda para pozwalała sobie na pocałunek, na oczach ludzi. Musiał wystarczyć miły uśmiech i słodkie słówka.
Oznaczało to zakazany owoc, a nade wszystko uszanowanie dobrego starego obyczaju. Trzeba tu rzec, że były to czasy, gdzie było więcej skromności, niż miłości. I w tym cały smak - oczywiście smak czekania.
Michał natychmiast zdjął z pleców marynarkę, wyciągnął Ewie z rąk motykę i wyręczył ją w wykopywaniu ziemniaków. Ewie pozostało tylko zbieranie i wrzucanie ich do koszyka. Robota ruszyła z nową siłą a utracony przez Ewę czas został szybko nadrobiony. Każdą małą przerwę a takich było wiele, wykorzystywali na zaglądanie sobie w radosne oczka i roześmiane twarzyczki. Czuli w tym momencie wielką radość życia . Oboje byli bardzo młodzi, Michał miał 20 a Ewa nie całe 18 lat. Ewa rodem pochodziła, z gospodarstwa zamożnego. Zaś Michał, był bardzo przystojny i dobrze zbudowany. Sylwetkę miał mężczyzny dobrze wysportowanego.
Był chłopakiem dobrze ułożonym, spokojnym pochodził z miłej szanowanej we wsi rodziny. Bardzo się oboje kochali, o czym nie wiele ludzi wiedziało. Nie afiszowali się swoją miłością na zewnątrz. Może nie tyle dla zachowania tajemnicy, ile ze zwyczajnej skromności.
Czasy w jakich sobie nawzajem adorowali, były jeszcze w miarę spokojne, a otaczająca ich przyroda, przeurocza. Jednak nie długo już tego spokoju i ciszę rodzinną smakowali. Coraz częściej odwiedzały nas jakieś patrole niemieckie. Na koniach, na motocyklach, pieszo z dużymi psami. Ci ostatni przychodzili z Barwinka. Ich częste wizyty zmuszały nas do zachowywania daleko idącej ostrożności.
Ale czy związani głęboką miłością, wzajemnym uczuciem, młode gorące serca, dadzą się zniewolić? Chyba nie. Jak świat stary, nikt na miłość nie znalazł jeszcze cudownego leku. Z resztą każda miłość jest jak nie opanowana burza, nie zna granic, nie zna przeszkód i nie zna zakazów. Taką właśnie miłość przyrzekli sobie Ewa i Michał. Nic bardziej milszego dla nich nie było , niż być blisko siebie. Karmić się miłymi słówkami i spojrzeniami. Jest takie powiedzenie największych mędrców tego świata, "że z miłością lżej się żyje." I chwała tej teorii.
Ilość zaplanowanej roboty zatrzymała ich aż do zmroku. Mocno zapatrzeni w siebie, nawet zachodzącego słońca nie zauważyli. Za małą chwilę podjechał wóz. Brat Ewy Bazyli i Michał, włożyli worki na skrzynię, przyhamowali jedno koło, wóz skrzypiąc, potoczył się z góry w kierunku domu. Ewa z Michałkiem idąc wolniutko obok siebie, schodzili z niewielkiej góry, podążając za wozem.
Pomimo że dróżka zasłonięta była wysoką tarniną, po obu jej stronach, to jednak nie szli pod rękę, nawet nie trzymali się za ręce. Ewa była dziewczyną bardzo skromną i wstydliwą. W tamtych latach, w szczególności, na wsi, młodzież, pary narzeczeńskie, nie miały w obyczaju, na spacerach, prowadzenia się pod rękę bądź trzymania się za ręce. Taki sposób spaceru, uważany był za zbliżenie naruszające dziewictwo panieńskie.
Na taką swawolę, mogli sobie pozwolić tylko pary po sakramencie małżeńskim, czego także publicznie nie nadużywano. Zachowywanie się w obecności osób starszych obowiązywała; skromność, skromność i jeszcze raz skromność.
Nie przeszkadzało to aby nawzajem obsypywać się komplementami. Słowa kocham i tylko ciebie kocham, padały często z obydwu stron. Patrzyli na siebie z taką szczerością jakby jedno drugie chciało połknąć. Radosny uśmiech ani na chwilę, nie schodził z ich twarzy. Byli szczęśliwi.
Idąc w stronę domu, po drodze napotkali Hanię, była rówieśniczką i zarazem bliską sąsiadką Ewy.
Hania z pastwiska gnała przed sobą czworo rogacizny i małe stadko owiec. Czule się z nią powitali i żartując zapytali, a gdzie zgubiłaś pomocnika. A został za krzakami bo pogubił rumaki i teraz przy zmroku je szuka, odparła żartem Hania. Był taki rozkoszny, aż zapomniał po co na pole wyszedł. Uśmiechała się pod nosem.
Ale patrzę na wasze rozbawione i wesołe twarze, aż wam pozazdroszczę, takiego radosnego humoru, rzekła Hania. Mówię szczerze, że na tą chwilę nie brakuje wam nic więcej, prócz ptasiego mleczka. Jesteście tak uroczą i zakochaną w sobie parą, jak z obrazka zdjęci, czego nie dałoby się w żaden sposób zataić. Chyba nie wracacie z pracy, bo nie widać na was najmniejszego zmęczenia.
Na ten miły komplement uśmiechnęli się do siebie oboje. Popatrz Haniu, jaka duża fura ziemniaków jedzie przed nami, to było naszym popołudniowym zajęciem. Uważam, że jak na dwoje, to nie ma się za bardzo czym chwalić, puściła oczko i uśmiechnęła się. Hanię w żartach nie zawsze można było pokonać. Rozchodząc się, Ewa zaprosiła Hanię na wieczór w odwiedziny. Ależ jak śmiałabym wam w tej chwili przeszkadzać. Nie będziesz Haniu przeszkadzać bo Michał od razu idzie do domu, przekonywała ją Ewa
. W takim razie dziękuję za zaproszenie jak tylko uwolnię się od pracy, zaraz do ciebie wpadnę, odrzekła uradowana Hania. To wesoła dziewczyna i zarazem komplemenciara. No, no, uważaj sobie bo będę zazdrosna, mówiąc te słowa, patrzyła Ewa prosto Michałowi oczy. Ten jakby naprawdę chciał wzbudzić w niej zazdrość powiedział, no bo wiem, że nie stroni od chłopaków. Tymczasem Michał przy pożegnaniu, śmiałym ruchem złapał za rękę Ewę, przyciągnął całą do siebie, przytulił mocno i powiedział, kocham cię bardzo aż trudno mi odejść. A może zostać ? Zażartował pod nosem.
Ewie policzki zarumieniły się, spojrzała mu prosto w oczy i odpowiedziała, zostań, bardzo tego pragnę. Niestety nie mogę odparł Michał, obiecałem ojcu, że wrócę na czas. Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł, w górę wsi. A nie zapomnij przyjść jutro, będę czekała. Nie zapomnę, postaram się tak stanowczo, jak każdego dnia.
Michał nie odwracając się pomachał ręką i z wesołą, uśmiechniętą buzią coraz mocniej przyspieszał kroku maszerując w kierunku swojego domu. Tam czekało na niego dużo pracy. Nie była to jedyna para we wsi, przeżywająca podobne przyjemne spotkania. Młodzież na wsi zawsze na pierwszym planie miała pracę, a dopiero na drugim, romans i miłosne przyjemności. Niestety taki porządek rzeczy istniał od kilku wieków.

Osamotniona Hania.

Rozmowa przyciszonym głosem Hani z Ewą na przydomowej ławeczce, przeciągnęła się do późna.
Hania ciekawska, ciągle naciskała Ewę aby się przyznała czy na polu całowała się z Michałem. Zapierając się ze spokojem odpowiadała Ewa że nie, że na to jeszcze nie nadszedł czas. Że oni na razie niczego jeszcze nie. Hania natarczywie naciskała nadal, nie dawała jej wiary, aż wymusiła na Ewie zaklęcia się. I na tym poprzestała. Jeszcze tego brakowało, aby jej się zwierzyć, a jutro rano rozbębniłaby po całej wsi, pomyślała cichaczem Ewa.
Ty kiedy będziesz wychodziła za mąż to dostaniesz od razu duże wiano. A ja? Ja tymczasem muszę zdobywać męża innym sposobem. Może i tak się wydarzyć, że ja nigdy nie wyjdę za mąż i pozostanę na całe życie samotna.
W naszym domu jest aż sześć dziewcząt, na jakiekolwiek wiano w pieniądzach nie ma szans żadna z nas. Żaliła się szczerze przed swoją koleżanką Hania. Rozglądam się często wokół siebie i rozważam, że niemal wszystkie moje koleżanki mają chłopaków, a jawciąż sama.
A przecież natura czy ktoś biedny czy bogaty, albo ładny czy brzydki, swoje potrzeby i wymagania ma.
Taką maksymę życia ja już przyjęłam i taką drogą iść muszę. Pozostaje mi liczyć, tylko na łut szczęścia. A może jednak, los uśmiechnie się i do mnie? Będę próbowała swoich metod.
Jak dobrze wiesz, z waszego domu do Ameryki na zarobki, pojechało aż trzech chłopów, a twój ojciec był aż trzy razy. Natomiast z mojego domu nie był nikt.
To prawda, odzywa się na te słowa Ewa, ale widzisz, mój tato pożyczył trzysta dolarów dla cioci jak wydała za mąż Justynę, od tego czasu upłynęło już siedem lat i nikt nam nie oddaje, żadnych pieniędzy.
A teraz jak widzisz, nadeszły takie trudne czasy, że chyba nam już nigdy ich nie oddadzą. Mam jeszcze i taką nadzieję, że stryjek Julian, który pozostał na zawsze w Ameryce, na pewno mi pomoże, będę go oto sama prosiła. Snuła swoje marzenia Ewa.
Minęła północ, księżyc wielką tarczą, tak cudownie rozjaśnił świat, że widno było prawie jak w normalny dzień. Ewuniu gadało by się aż do rana, bo jest o czym, ale na mnie czas, Hania poderwała się z ławki, pożegnała koleżankę i pobiegła do domu, do którego miała nie dalej niż sto kroków. Weszła przez duże wrota do boiska, potem po drabinie na strych i nie zdejmując z siebie niczego, owinęła się w dużą lnianą płachtę i położyła się na siano. Do rana nie pozostało więcej niż trzy godziny.
Ewa odprowadziła ją wzrokiem aż na jej podwórko, po czym otuliła się grubą chustą pozostała jeszcze na jakiś czas sama na ławeczce. Głęboko rozmyślała nadal nad tym sekretem z jakiego zwierzyła się jej koleżanka.
Położyła się spać, ale sen przyszedł dopiero tuż przed wschodem słońca. Reszta nocy minęła na dalszym rozmyślaniu. Nie przeszkadzało to Ewie, bo ona mogła sobie pozwolić na dłuższy sen. Ją nikt nie budził. Nie musiała szybko zrywać się ze snu, miała swobodę.

Jesienny zbiór płodów rolnych dobiegł końca, trwała jeszcze dalej zwózka drzewa opałowego. Pogoda w drugiej połowie jesieni była jeszcze całkiem łagodna. Lekki mróz występował jedynie w nocy. W porze po południowej na łąkach popasały się jeszcze owce. Szkody już wyrządzić nie mogły, ale dozorować ich należało, bo w każdej chwili mogły być zaatakowane przez wilki. Takie przypadki często u nas się zdarzały, nawet w biały dzień, tuż przy budynkach.

Szkołę zajęła straż graniczna.

Od paru tygodni, niewielka grupa niemieckich żołnierzy w pełni kontrowała Smereczne, pobliskie wioski oraz granicę Polsko-Słowacką. Hałda poszczypanego drzewa na opał zimowy, pozostawała na placu przez kilka dni w nieładzie. Wezwali sołtysa i pokazali mu jak należy w mniejsze pryzmy poukładać. Do tej czynności sołtys wyznaczył jednego człowieka zwanego "Byndasem", niesprawnego umysłowo, o czym komendanta poinformował. Jak na porę jesienną ubrany był kiepsko. Przez dwa dni obserwowali jego pracę i to im się spodobało. Każdego dnia dawali mu posiłek ze swojej kuchni, a po zakończonej robocie ubrali go w ciepłą bieliznę i wysokie buty z cholewami. Od tej pory w każdy tydzień wykorzystywali go do sprzątania wokół ich placówki a także i do odśnieżania. Od tego czasu pozostawał do dyspozycji żołnierzy niemieckich.

Tym czasem Niemcy szczegółowo zapoznawali się ze wsią i jej porządkami. Nie odpowiadał im taki wizerunek wsi, mieli bardzo wiele zastrzeżeń do nieporządku wokół poszczególnych gospodarstw.
W obecności sołtysa każdemu od ręki pokazywali co należy natychmiast wykonać do następnej wizyty.
Na pierwszym planie należało zpryzmować obornik i przykryć go gałęziami ze świerku lub jodły.
Jako drugi pilny obowiązek to poukładanie w ładne prostokąty drzewo opałowe.
Jako trzecie, poustawianie na podwórku pojazdów konnych jeden obok drugiego, skierowanych dyszlami w kierunku drogi.
I jako czwarte poprawianie ogrodzeń wokół posesji oraz trzymanie psów na uwięzi przy zabudowaniu. To należało wykonać w ciągu dwóch tygodni. Bieżące zamiatanie podwórka, ulicy, drogi na długości swojej posesji, pozostawiono na wiosnę. Już po dziesięciu dniach, zrobiło się na wsi widno, tak jak po długiej polarnej nocy.
Wieś przybrała nowy wizerunek, emanowała blaskiem. Na taki porządek, gospodarstwa czekały co najmniej 4-ry wieki.
Aż wstyd powiedzieć, że potrzeba było armii okupacyjnej, żeby we wsi zapanował ład i porządek. To było nie tylko dobre, ale bardzo potrzebne. Choć stało się to przy pomocy kija, nie szkodzi i dobrze, bo do przodu, kroczkami ale do cywilizacji. Najważniejsze, że to się przyjęło i ludzie znaleźli czas. Trochę było po niemiecku.
Tak samo i cały szkolny teren natychmiast ogrodzony został wysokim płotem z drutu kolczastego. Wykonali to chłopi ze wsi, tak ale pod nadzorem żołnierzy. Każdą robotę na rozkaz okupanta siłami wiejskimi, organizował tylko sołtys. Był on ich gońcem, rzecznikiem, tłumaczem, egzekutorem i czym tam jeszcze. Musiał ciągle ganiać o każdej porze na każde ich zawołanie.
W środku tego ogrodzenia biegał na luzie wieki i bardzo agresywny pies. To była robota celowa, aby nikt nie zatrzymywał się przy ich obiekcie.
Ogrodzenie to, przez długi czas omijali ludzie dalekim łukiem. Na pozór wyglądało tak, że pies może przeskoczyć płot a w tedy biada temu. Nie ufali mu cywilni ludzie. Poza tym nakazali sołtysowi aby napisał i powiesił na widocznych miejscach ostrzeżenie o treści:

" Zakaz zatrzymywania się przechodniów przed budynkiem i ogrodzeniem oraz fotografowania się w pobliżu ich kwatery, posesji i ogrodzenia."

Było to głupie, ale trzeba było przestrzegać, kto się niepotrzebnie zagapił, ten zaraz oberwał.
Na częste spotkania komendant placówki kazał się zawozić do sztabu, który mieścił się w Barwinku. Ten obowiązek spadł na mojego tatę, bo najbardziej podobały mu się nasze koniki.
Była to bardzo niewdzięczna służba, którą tato wypełniał z dużą niechęcią przez półtora roku. Ale był to rozkaz, na który należało się stawić co do sekundy.
Za to z innych przymusowych prac, tato był zwalniany. Pamiętam, że często tato przynosił z tej podróży, pachnące papierosy i cygaro, którymi potem częstował swoich kolegów. Sam nie miał nałogu zagorzałego palacza. Gromadził je także dla dziadka, który raz w tygodniu przyjeżdżał z Dukli w odwiedziny.

Ich osobistą i wojskową dyscypliną, my młodzi chłopcy byliśmy mocno zainteresowani. Podglądaliśmy ich gimnastykę, ćwiczenia, zachowanie ubiór itd.
Schodziliśmy się na podwórko koło sołtysa, w niedzielę, wieczorami przy ładnej pogodzie, stąd do ich placówki było zaledwie 100 metrów i stąd wpatrywaliśmy się w ich każdy ruch.
Ci młodsi wiekiem żołnierze, czasami do nas przychodzili i proponowali nam kupno kart za jajka, masło lub kurczaka. Ten handel nawet się przyjął, bardzo nam on odpowiadał. Prawdziwych kart zawsze nam brakowało. W późniejszym okresie sprzedawali także i papierosy. Skutek był opłakany, bo 99% młodych chłopaków od 12 lat, zaciągało się prawdziwym papierosianym dymkiem. Dobrze to nie rokowało. Rodzice nam to odbierali i walczyli z nami na kije. Skutek był niewielki.

Zimowe wieczory i hazard.

W krótkim czasie, co drugi z nas miał własną talię prawdziwych kart. Od tej pory graliśmy całą zimę, bo do szkoły nie chodziliśmy. Wolny zimowy czas wypełnialiśmy ciągłą i nieznudzoną grą, od rana, aż do nocy. Utworzyło się we wsi około 15 grup karciarzy. Te karty to zamiast edukacji oświatowej. Samodzielnie bez naginania nas, nikt z młodych książki nie szukał.
Przynajmniej do tego czasu, dopóki nie nacieszyliśmy się nimi do woli.
Pomimo, że rodzice nas upominali, aby poczytać jakąkolwiek książkę od historii, geografii, lub zwyczajną powieść, nikomu to do uszu nie docierało. Czas co najmniej trzech lat, został w naszym życiu na zawsze utracony.
Wielu, wielu młodym ludziom, tamtego straconego czasu już nigdy nie udało się nadrobić. Pozostali na bardzo niskim poziomie edukacyjnym. Pierwszą zimę z 1939 na 1940 rok spędziliśmy utopieni po uszy w kartach. Nawet i ojcowie nie wiele nam w tym przeszkadzali bo sami oczarowani byli pięknymi taliami wydawanymi w cudownych kolorach i obrazkach.
Ojcowie na kartach, też często przesiadywali do późnych godzin nocnych, zapominając o ważnych obowiązkach domowych. oni sami z trudem bronili długich nieobecności w domu przed swoimi zapracowanymi żonami. Ta forma wypełnienia zimowego wolnego czasu, przerodziła się z czasem w koszmarny i niebezpieczny hazard, który objął każdą grupę wiekową.
Niemcy uczyli nas nowych systemów posługiwania się kartami, nowych gier. Poznając nowsze sposoby, niż dotychczasową grę w "durnia", przeorientowaliśmy się w oczko grając w drobne fenigi. Ale tych nam ciągle brakowało, nie każdy je posiadał. Trzeba było coś nowszego wymyślić.
Wpadliśmy zatem na wspaniały pomysł, aby zastąpić fenigi guzikami, różnego kalibru, od małych koszulowych, aż po duże od kurtek, kożuchów i guń. Postanowiliśmy, że każdy gatunek guzików będzie miał inną wartość przeliczoną na fenigi. Przy tej zaciętej wycenie dochodziło do sporów i bójek pomiędzy dzieciarnią.
A po niedługim czasie doszło do wielkiego paradoksu, bo nikt z domowników nie miał guzika, począwszy od koszul spodni, marynarek, aż po kurtki, kożuchy i gunie. Po prostu nie mieli się czym zapinać. Był to istny koszmar, jeżeli nie nazwać tego poważniej, katastrofą odzieżową, która po pewnym czasie stała się odzieżą nie użyteczną .
Ta sytuacja postawiła wszystkich rodziców na równe nogi i wydania nam wielkiej wojny. W ciągu dwóch dni, odebrano nam wszystkie karty i wymyślono nam odpowiednie do tej kary obowiązki
I od tej pory, ręcznie czyściliśmy zboże do wiosennego siewu. Ta praca nie miała końca. To jakby kopalnia wody. Czym więcej jej wyciągniesz, w to miejsce dopłynie świeża, czasami jeszcze więcej.
Po jednym tygodniu umówiliśmy się na strajk i wydaliśmy rodzicom ultimatum, żądając połowę czasu na grę w karty a połowę na czyszczenie zboża. Swój bunt uzasadniliśmy tym, że bolą nas oczy i wiele zanieczyszczeń przepuszczamy. Był to silny argument, bo doprowadził do ustąpienia nam.

Zima tego roku, okazała się bardzo surowa. Zaczęła się pod koniec listopada, a śnieg z małymi przerwami dosypywał każdego dnia. Do świąt Bożego Narodzenia grubość warstwy wynosiła miejscami ponad 100 centymetrów. Chciałoby się powiedzieć, że akurat ta piękna zimowa natura aczkolwiek surowa, też nie przyjaźnie przywitała okupanta.
Pokazała mu najgroźniejsze swoje oblicze, jakby pragnęła go troszkę skarcić, za przysporzoną nam udrękę.
Na dodatek pojawiły się wielkie zadymki, zawieje do tego stopnia, że miejscami zaspy śnieżne przekraczały półtora do dwóch metrów, pomiędzy zabudowaniami. Na niektórych odcinkach drogi w polu, zaspy były znacznie, znacznie okazalsze.
Ta dolegliwość, jak się później okazało, dotknęła bardziej nas mieszkańców niż naszego najeźdźcę. Oni bardzo szybko znaleźli, na tą dolegliwość skuteczne rozwiązanie. Zagnali nas wszystkich od wieku 14-u do 70-ciu lat, na odśnieżanie. W pierwszym dniu pod wpływem silnej presji, z każdego domu wyszło nawet 2, 3, i 4 osoby, z tego ze sprzętem dwie lub trzy.
Osobom nie posiadającym szpadli, kazali zabrać ze sobą każde narzędzie zbliżone wyglądem do łopaty, nawet i małe szufelki od wybierania popiołu spod kuchennej płyty.
Zdawać by się mogło, że będą problemy z brakiem sprzętu itp. Jednak nie.
Na dzień następny rozkazali zrobić narzędzie z deski podobne do łopaty i stawić się na drodze przed domem o godzinie 9 tej rano. To zabrzmiało jak wojskowy rozkaz frontowy. I bez większych przeszkód, każdy potrzebne narzędzie posiadał. Odśnieżanie rozpoczęło się dokładnie o zapowiedzianym przez żołnierzy czasie.
Przez pierwsze trzy dni utorowano drogę odkrytym tunelem przez całą wieś. Wysokość ścian tunelu w niektórych miejscach sięgała na wyciągnięcie ręki wysokiego mężczyzny. Długość odśnieżonego odcinka wyniosła ponad jeden kilometr.
Walka z tymi zaspami była heroiczna przez całe trzy dni. Każdy pracował dając z siebie maksimum wysiłku. Wszyscy mieli świadomość tego, że nie dadzą nam spokoju dopóki nie odśnieżymy całej wsi.
Każdemu z resztą zależało na tym, aby jak najszybciej od tej roboty się uwolnić. Takie przypuszczenie i marzenie mieli wszyscy pracujący. Nam przecież więcej odśnieżonej drogi nie było potrzeba. W poprzednie lata Smereczanie do Tylawy do Mszany czy do Wilśni drogi nie odśnieżali, przebijali się saniami przez pola, omijając fachowo każdą zaspę i przeszkodę. A jeżeli zaistniała potrzeba drobnego zakupu, pryskało się do Dukli na nartach.
Jeśli był przypadek ciężkiej choroby, to i tak w czasie zimy nie było szans chorego wieść saniami 40 km. do lekarza. W takich okolicznościach chory zdany był na wiejskich znachorów. Tego rodzaju pomoc medyczna funkcjonowała tak samo i latem, z powodu braku pieniędzy jak i dużej odległości do lekarza. Po wykonaniu tej ciężkiej roboty, okazało się, że pozostało jeszcze odśnieżania około dwa kilometry w kierunku Tylawy. Wiadomość ta wszystkich zatkała. Za wsią zaspy, miejscami były znacznie masywniejsze. Wszyscy bez trudu uświadomili sobie, że ta robota będzie trwała znacznie, znacznie dłużej.

Ochota do dalszej wytężonej pracy każdego opuściła. Na następny dzień do odśnieżania, stawiła się połowa ludzi, reszta pozostała w łóżkach symulując chorobę.
Niemcy wściekli się, przywołali sołtysa i polecili mu zebrać cały stan ludzi i zorganizować szybkie odśnieżanie. Sołtysowi udało się przyprowadzić zaledwie parę osób. Na pytanie gdzie jest reszta odpowiedział, że chorują.
Zaczęło się warczenie na pracujących ludzi, co jeszcze bardziej osłabiło tempo pracy. Sytuacja zaogniła się jeszcze bardziej.
Dla podkreślenia buntu, w następnym dniu, ludzie zabrali ze sobą, najmniejsze łopaty i w dodatku uszkodzone, które przy pracy łamały się. To widowisko absolutnie ich rozsierdziło i ze złością pognali wszystkich do wymiany sprzętu. Czas odśnieżania w tym dniu, żołnierze przedłużyli do ciemnej nocy, co świadczyło o tym, że w ten sposób chcieli udowodnić swoją przewagę.
Zaistniałą sytuacją zmartwił się sołtys. Wieczorem wybrał się do kilku domów i poprosił aby większa liczba wyszła do odśnieżania bo może dojść do niepotrzebnej represji ze strony Niemców, a zakończyć się to może dla niektórych wielkim cierpieniem.
Zrozumienie sprawy było zdecydowane. Rano ku wielkiemu zdziwieniu Niemców, do pracy stawił się ponownie pełny stan. W tym czasie młodzież była jeszcze w pełnym składzie. Żaden młodzian nie opuścił do tego czasu wsi. I nic dziwnego trwała wciąż wojna.

Zdrowej i pięknej jak kwiat młodzieży we wsi, była spora gromadka. Do pracy wyszli wszyscy i chłopcy i dziewczyny. Szarpanina z zaspami w kierunku Tylawy trwała całe dwa tygodnie. Niemcy jakby troszkę poluźnili dyscyplinę. Pozwalali odpoczywać i odchodzić bez zgłaszania się za swoją potrzebą. Obydwie strony powstałe napięcie rozładowały kompromisowo. Ale prace przy odśnieżaniu trwały i tak aż do wiosny, czy była, czy nie była potrzeba. Oni mieli rozkaz od górny utrzymania pełnej przejezdności dróg.
A my jako społeczeństwo zniewolone musieliśmy być im posłuszni. I tak trwało to przez całe cztery zimy. Piękna zimowa fantazja jaka upiększała nasz bajkowy górski krajobraz od setek lat, zamieniona została przez okupanta w koszmar, w wojnę ze śniegiem. Taki obraz zimy z okaleczaniem wydm śnieżnych nie odpowiadał nam.
Ale cóż była wojna, walczyć musieli nawet i ci, którym to nie odpowiadało, choćby nawet z wodą i śniegiem.
Po codziennym i ciężkim odśnieżaniu, młodzież nadal długie zimowe wieczory z 1939 na 1940 rok, spędzała według dawnych zwyczajów na organizowanych wieczorkach. Nie zamiarowali z tych młodzieńczych przyjemności szybko rezygnować. Czy to się okupantowi podobało czy nie.
Nadal dorośli chłopcy i dziewczęta zbierali się wieczorami w większych domach, oczywiście na zaproszenie dziewczyny i wspólnie na wesoło uprzyjemniali sobie czas.
Organizowane wieczorki, miały charakter pożyteczny, z reguły dziewczyny przędły len, bądź owczą wełnę, robili na drutach; swetry, rękawiczki, skarpetki itd. Młoda kawalerka grała w karty. Często przy okazji imienin bądź urodzin organizowali tańce.
Kapelę, grajków, mieli własnych, bo wielu chłopców, starszych mężczyzn, umiało ładnie grać na skrzypkach, ustnych harmonijkach. Grali bez interesownie dla siebie, dla własnych przyjemności nie bacząc na wynagrodzenie. Na tego rodzaju spotkaniach kojarzyły się zakochane pary, zaś te istniejące kontynuowały swoje przyjemne romanse. Pragnęły przebywać ze sobą wszyscy razem, ci połączeni miłostkami i ci samotni, startujący do...
Piękne były tamte czasy i piękne obyczaje, pełne uroku, ludzkiej życzliwości i nie przemijającego towarzyskiego smaku. Od nie pamiętanych czasów, tworzyły się sąsiedzkie wspólnoty i pomagali sobie w doli i niedoli. Nie było wrogości, awantur, oszustwa, okłamywania się, a miejsce to zajmowała codzienna nie przemijająca przyjaźń i życzliwość.......

Część II

Ciąg dalszy już wkrótce

Tytuły następnych rozdziałów
Smereczne i okolice
Wiosna i pierwsi ochotnicy do Niemiec
Kontyngent rolniczy
Przymusowy wywóz młodzieży do Niemiec
Nauczanie w czasie okupacji
Wspólne tańce z żołnierzami niemieckimi
Rok 1942 budowa kasarni
Smutny pogrzeb
Powrót do szkoły
Ratujcie tradycję
Łapanki
Dezercja Michała i Grzegorza
Moja rodzina i ja w czasie okupacji
Zasługują na przypomnienie
Kasarnia i wyzwolenie Olchowca
Kasarnia i wyzwolenie Barwinka
Bitwa o Smereczne ( śmierć Michała)
Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
575

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 0 i 2: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 13 osób
Logowanie