Sercu bliski Beskid Niski

Forum portalu www.beskid-niski.pl
Dzisiaj jest 15-09-2019 21:56

Strefa czasowa UTC+01:00





Nowy temat  Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
Post: 07-08-2013 10:00 
Offline

Rejestracja: 25-04-2009 07:26
Posty: 1215
Nie pamiętam już co było iskrą, która zaowocowała tą trasą - czy widok nowej dylowanki przez Haburske raselinisko czy symbol na mapie Krukara oznaczający pole walki pod Weretyszowem. W każdym bądź razie w głowie urodził się plan, przy okazji chciałem przepenetrować Wierszek nad Czeremchą w poszukiwaniu ewentualnych pozostałości obozu konfederackiego. Plan planem ale rzeczywistość sprowadza mnie na ziemię - po wyznaczeniu trasy wychodzi ok. 37km. Sporo, trzeba by to zrobić "na długim dniu" a najlepiej od samego rana a więc komunikacja publiczna odpada. Zysk na godzinie startu jaki mogę mieć jeśli pojadę samochodem niwelowany jest przez konieczność powrotu w to samo miejsce a więc trasa urosła do ponad 40km. No cóż, mając cały dzień przed sobą powolutku da się radę.
Pies widząc w kolejny weekend pakowany plecak znów mnie nie odstępuje na krok - wystarczy że się ruszę po domu to on zamiast spać jak zawsze wieczorem zrywa się i patrzy czy aby już nie wychodzę. Zresztą rano idąc po niego do kojca tak się ucieszył, że po wypuszczeniu chciał wsiąść przez przednią szybę do samochodu - dosłownie :-)
Przemieszczamy się autem do Jaślisk i po zaparkowaniu pod sklepem jeszcze przed 6 wyruszamy. Wpierw asfaltem, koło Zaścianku (gdzie spora tablica promująca "Jagę-Korę") do rynku, skąd już widać odremontowany kościół pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Ładnie się prezentuje w promieniach wschodzącego słońca, choć obowiązkowa tablica o dofinansowaniu z funduszy unijnych trochę szpeci - może zarośnie jakimiś krzakami?
Stamtąd czeka mnie prawie 9km bicia po drodze trochę asfaltowej a w późniejszym odcinku już szutrowej. Staram się iść w miarę szybko bo zapowiadali gorący dzień a przed skwarem chcę się schronić na leśnym odcinku szlaku granicznego. Jednak co chwila zatrzymuję się by zrobić jakieś fotki - a to kapliczka na Łamańcu ze zmasakrowaną brzozą, a to budowana chatka pod Kamarką - raczej nie jako posterunek jednostek OPL. Trochę dalej most dla "znajomych królika". Dawniej (w 2011) był tu jeszcze most pontonowy, przypomniałem sobie również, że po opuszczeniu VII spotkania MBN w Lipowcu właściciele położonego za wodą domku podwozili mnie kawałek a na dodatek to chyba z nimi spotkałem się w późniejszych godzinach na szlaku. Chwilę rozmawialiśmy, ale nie skojarzyłem, że to o ten most chodzi. Jeśli to czytają to pozdrawiam ich serdecznie :-) .
Pierwszy odpoczynek pod następną kapliczką, słońce zaczyna wyciskać już poty. Później przechodzę szybko Lipowiec próbując tylko sprawdzić czy w chrzcielnicy nadal rosną kwiaty, niestety tak zarośnięte, że nie udało mi się jej zobaczyć a wchodzić za płot nie chciałem. Również bez przystanku mijam cmentarz w Lipowcu by po chwili dowiedzieć się że jakbym chciał iść na Popa Iwana to tylko 136h przede mną :-)
Następny przystanek przy cerkwisku w Czeremsze, trochę kręcę się na cmentarzu a później idę do pomnika na cerkwisku - pojawiła się errata - dawniej pomnik wyglądał tak.
Przystanek krótki bo i do przełęczy już niedaleko a tam mam zamiar siąść na dłużej. Tam też wspominam poranne odwiedziny w tym miejscu jeszcze przed spotkaniem w Lipowcu, coś trzeba było z czasem zrobić a nie chciałem budzić śpiących po nocnych rozmowach.
Godzina ok. 8, czasu sporo, po odpoczynku ruszam przez łąkę w poszukiwaniu szlaku, jakoś go nie widzę, wracać mi się nie chce więc wchodzę w las napotkaną drogą z myślą, że najwyżej bukowym lasem przejdę do szlaku. W sumie to był dobry pomysł, droga po chwili doszła do granicy i nią już szedłem w kierunku Fujowa. Po drodze zwracam uwagę na słupki graniczne, które do tej pory interesowały mnie tylko pod względem numeracji abym mógł określić swoje położenie. Teraz zauważam, że większość jest z okresu IIWŚ - świadczą o tym litery S i D. Czasami są zatynkowane, czasami dość dobrze widać przekuwanie "D" na "P". W sumie to prawie wszystkie słupki na tym odcinku granicznego jakim szedłem tak były przerabiane. Na Fujowie trochę kręcę się wokół szczytu, widzę wiele okopów. Stąd miałem iść szukać obozu konfederatów, ale krótkie spodenki i wizja przedzierania się przez jeżyny wybijają mi to z głowy. I znów pomysł odłożony na później :(
Zlatuję z Fujowa by po chwili zobaczyć tablicę kierującą na pramenisko Laborca. Niby niewiele - 300m - ale ja już jakoś w te słowackie metry nie wierzę. Jednak po rezygnacji z poszukiwań obozu postanawiam, że dam się przeciągnąć tym szlakiem. Okazało się jak zawsze - mi wyszło prawie 500m a to już dodatkowy kilometr dołożony do trasy.
Po powrocie na graniczny bez dalszych przeszkód docieram na węzeł szlaków pod Kamieniem, tam zasiadamy na dłużej, pies oprócz buły dostaje też wodę, którą ze względu na jej deficyt na tym odcinku musiałem zabrać dla niego z domu. Chwilę później słyszę stukanie kijków od strony cmentarzy, to Słowacy, pierwsi turyści widziani tego dnia, pies ich obszczekał dopiero jak się z nimi witałem - czujny ;) .
Znów w dół, idzie się szybko, wkrótce jestem przy pierwszych cmentarzach pod Kamieniem. Wszystkie cmentarze po słowackiej stronie zadbane, odchwaszczone, ogrodzenia w dobrym stanie, choć tablic już nie ma. Po dojściu do cmentarza położonego po naszej stronie widzę że prezentuje się on o wiele gorzej - pola grobowe zarośnięte, żerdki ogrodzenia spróchniałe, a połamane gałęzie leżą na grobach. Szkoda...
Dalej trasa bardzo przyjemna, bez przewyższeń szeroką "autostradą". Kolejny postój planowany był na Kopriwnicznej. Po drodze spotykam polskich turystów, a dopiero później zorientowałem się że są oni z domku, do którego prowadzi most "dla znajomych królika". Na Kopriwniczną udało mi się dojść zachowując słowacki czas mimo krótkiego postoju przy cmentarzach - ale to pewnie Słowacy się pomylili, bo ich czas zgadzał się z tym podanym na naszej mapie ;) Podczas postoju mija mnie kolejna para Słowaków, chwilę rozmawiamy, mimo w sumie zbliżonych języków mamy lekkie kłopoty z dogadaniem się skąd i dokąd wędrujemy. W końcu pomocna okazała się mapa.
Dalszy odcinek coraz bardziej zarasta, kosztowało mnie to parę otarć zanim dotarłem do wspomnianej już wcześniej dylowanki. Ostatnio jak tu byłem w 2009r trzeba było patrzeć gdzie się nogi stawia, następna wizyta pół roku później ze względu na śnieg nie pozwalała ocenić stanu kładki.
Na odejściu niebieskiego szlaku w stronę Jasiela kawałek się zagalopowałem i muszę wrócić do szlaku granicznego, bo przecież Weretyszów czeka. Po drodze - patrząc na mapę - liczę na widoki na słowacką stronę, jednak las sięga dalej a nie chce mi się pokonywać dodatkowych odległości. Widzę tylko przy szlaku jakieś pozostałości zbiornika wodnego(?) ze stojącymi jeszcze betonowymi słupami ogrodzenia. Według GPS-u powinienem już minąć szczyt Weretyszów, rozglądam się za pozostałościami wojennymi a że ich nie widzę, postanawiam opuścić szlak i jak tylko widzę w miarę czysty las bez jeżyn - skręcam w kierunku Jasiela. Idę w kierunku Gronia, po drodze rzeczywiście wiele śladów walk jakie tu były i podczas I- jak i II WŚ. Ciągnące się okopy, leje po wybuchach o głębokości takiej, że mnie nie było by widać. Aż w końcu o mało co nie wlazłem na żelastwo. Po późniejszym zasięgnięciu informacji żelastwo okazało się 2 radzieckimi pociskami moździerzowymi kal. 120mm. Nie ruszałem tego, już dawno takie rzeczy przestały mnie interesować. Odganiam psa i idziemy na Groń, gdzie w cieniu lasu kolejny postój - należny przede wszystkim psu, zamiast iść koło nogi to nabił kilometrów o wiele więcej niż ja i teraz już chce mu się spać. Ale przed drzemką wcześniej dostał i jedzenie i picie (tak było, można go spytać - to taka informacja dla osób twierdzących, że nie mam litości zabierając go na takie wyrypy ;) ).
Plan był wydostać się przez las na łąki nad Jasielem, liczyłem na to, że będą skoszone bo nieraz widziałem tam bele siana. Z geoportalu wyciągnąłem współrzędne, gdzie droga z łąki przechodziła przez strumień i prowadziła dalej do Jasiela. Było to o tyle ważne, że oglądając zdjęcia na geoportalu widziałem na tym strumieniu coś, co wyglądało na będące sprawką bobrów rozlewiska. Łąki okazały się nieskoszone ale na szczęście trawa dość uboga. Wkrótce też trafiam na ślad drogi i nią schodzę do strumienia. Pies tym razem wyczuł wodę z większej odległości i poleciał się w niej taplać. Odpuszczam mu, mając nadzieję, że zdąży wyschnąć zanim będę pakował go do auta. Zaległ w wodzie i zadowolony szczerzy do mnie wszystkie 3 (jakie mu pozostały) kły :-)
Idziemy dalej, koło pomnika poświęconego pamięci kurierom beskidzkim świeże kwiaty i znów tablica promująca szlak. Będąc tak blisko grzechem było by nie wstąpić na pole namiotowe, aby tam chwilę ochłodzić się w Jasiołce. Ze względu na weekend i piękną pogodę trochę obawiam się tłumów, ale jestem mile zaskoczony - tylko jeden namiot, a właściciel czyta książkę koło suszących się grzybów. Zasiadam nad rzeką, chlapię dokładnie całego psa, a on zaraz odwdzięcza mi się podobnie otrzepując się z wody. W nagrodę dostaje 2 buły (zawsze to lżej będę miał), co wcale mu nie przeszkadza w buszowaniu po polu namiotowym za jakimiś resztkami. Na pole dochodzi para turystów, ja się już zbieram, po wyjściu na drogę widzę następnych - rodzinka z betlami, widać, że zamierzają tu nocować.
Zaczyna się najgorszy odcinek trasy, 13km prawie cały czas w słońcu. Idziemy powoli, pies korzysta przy każdej okazji z kąpieli w rzece. Mijamy cerkwisko, próbuję dojść do cmentarza w Jasielu ale droga prowadzi w pola a mi nie chce się przedzierać przez jeżyny i tarninę.
Stawy dziś też nie są tak widokowe jak kiedyś, zarośnięte skutecznie likwidują odbicia. Przechodzimy nasłoneczniony odcinek i w cieniu w pobliżu rzeki odpoczynek. Psu kolejna buła i gdy ja tak odpoczywałem on poleciał do rzeki, cały się skąpał i przyleciał do mnie podzielić się chłodem. Dobrze, że woda czysta a nie błoto.
Następny odcinek pokonujemy szybko, tylko rzut okiem na zasłanianą coraz bardziej przez przyrodę kapliczkę w Rudawce Jaśliskiej. W Woli Wyżnej obawiałem się psów pilnujących stada owiec, ale ani ich ani owiec nie widziałem. Chyba po tym stadzie już śladu nie ma, na łąkach w Woli Niżnej też dawno bacy nie widziałem. Opuszczamy teren teraźniejszej Woli Wyżnej i kierujemy się w stronę cerkwiska. Po drodze znów rzeka służy ochłodą, kręcę się chwilę po cerkwisku, zarasta. Najlepiej być tu na wiosnę bądź jesienią. Tam pozwalam sobie na długą przerwę, pies po krótkim szukaniu miejsca by nic go nie kłuło zasypia tak blisko mnie że ledwie mogę mu zrobić zdjęcie. Daję mu chwilę, przynajmniej słońce trochę się obniży. Coraz mniej do końca a coraz gorzej się idzie - i mi i jemu. Robimy jeszcze jeden odpoczynek i wychodzimy na drogę Tylawa - Komańcza.
Na drodze spory ruch, co chwilę schodzimy na pobocze a jeszcze pozostawione po łataniu drogi kamyczki biją nas spod kół blisko przejeżdżających aut. Mając już tylko 800m do samochodu pies zalega w cieniu drzewa. Zasiadam koło niego, daję mu pić, resztę wody wylewam na niego - jego kolor wybitnie mu nie służy podczas wędrówek w słońcu. Po 15min ruszamy dalej i już bez przeszkód dopychamy się do samochodu zamykając prawie maratońską, bo 40.5 kilometrową pętlę.

Okazało się, że jest i postscriptum.
Po wrzuceniu zdjęcia pocisków na FB w celu potwierdzenia identyfikacji zostałem namówiony do zgłoszenia znaleziska do saperów. Z lekkim niedowierzaniem, że będzie chciało im się ciągnąć w takie zadzidzie zadzwoniłem w poniedziałek na policję. Oni przekazali sprawę do saperów i już po chwili miałem serię telefonów. Uzgodniliśmy, że na następny dzień pojadę z nimi zaprowadzić ich na miejsce.
We wtorek przed południem konwój złożony ze Stara i Honkera zwinął mnie z pracy i pojechaliśmy na Jasiel. Już w Rudawce Jaśliskiej mieliśmy pierwsze (i na szczęście ostatnie) straty. Podczas otwierania szlabanu okazało się, że w rurze gniazdo mają osy, którym nie spodobało się stukanie kluczem przy otwieraniu i jedna z nich dziabnęła sapera. Po dojechaniu w okolice starej strażnicy WOP Star został na drodze a my w czwórkę w Honkerze pojechaliśmy w kierunku lasu. Nadspodziewanie dobrze Honker poradził sobie z przejechaniem przez zalewisko i już po chwili zaparkował pod drzewami w lesie, skąd do celu mieliśmy ok. 600m. Po zabraniu wykrywacza i łopaty poprowadziłem ich na pozycję, jaką wskazywał mi GPS. Na miejscu, ze wskazaniem GPS 0m do celu oczywiście nic nie było. Zaczęliśmy krążyć w okolicy i wkrótce pociski zostały zlokalizowane. Myślałem że mi jako cywilowi każą oddalić się w podskokach ale nic z tych rzeczy. Pociski zostały przełożone na bok, wykrywacz w okolicy nic nie wykazał, więc saperzy pociski zarzucili na ramię i poszliśmy do samochodu. Tam pociski wylądowały na kolanach saperów i powoli zjechaliśmy do Stara, gdzie zostały przełożone do skrzyń.
Droga powrotna była szybsza - często wisiałem na rękach aby pewnej części ciała nie obtłuc, a Star trzymał się tuż za nami. Szkoda, że nie widziałem jak pociski są zabezpieczone - a może to i lepiej? ;) Saperzy spieszyli się na poligon, gdzie po pociskach w okolicach 17 miało nie zostać śladu.

Zdjęcia


Na górę
Post: 07-08-2013 20:29 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06-02-2009 07:53
Posty: 65
Lokalizacja: KROSNO
Jak zwykle - rzetelny opis rzetelnej trasy :-)


Na górę
Post: 08-08-2013 07:07 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05-11-2009 09:22
Posty: 262
Lokalizacja: Uście Gorlickie
Spory dystans jak na pieszą wyprawę. Czapka z głowy. W 2011 zrobiliśmy 3 pętle na rowerach z bazą w Lipowcu. Każda średnio 40-60 km dziennie. Jedna z nich pokrywała się z opisaną przez Ciebie trasą. Kilka zdjęć w poniższym linku.
https://plus.google.com/photos/10136303 ... 1292820947

Niezła historia z tymi pociskami. Żelastwo na ramię, a później na kolanach. Rutyna saperów może doprowadzić do nieszczęścia.

Na jednej z moich wycieczek pieszych z psem miałem smutne zdarzenie, które w sumie skończyło się szczęśliwie. Było to latem kilkanaście kilometrów od mojego domu. Golden dostał udaru cieplnego. Położył się na drodze i nie mógł już wstać. Przeniosłem go do cienia i zadzwoniłem do żony, żeby przewieźć psa samochodem do weterynarza. Tam dostał zastrzyki i kroplówkę, wszystko po to żeby obniżyć temperaturę ciała (miał ponad 42 st i weterynarz dawał 50% szans na przeżycie). Później przez tydzień leżał w piwnicy okryty mokrymi ręcznikami zanim doszedł do siebie, kroplówkę powtórzyliśmy jeszcze dwa razy, bo nie chciał jeść i pić. Nie adresuje tego do Długiego bo on ma spore doświadczenie ze swoim psem. Warto zwracać uwagę na zachowanie psa podczas spacerów w upalne dni, bo granica jest bardzo cienka. Woda, odpoczynki w cieniu i kąpiele w potoku koniecznie.
Pozdrawiam
Lukasz

_________________
Drzewo jest mocą, która powoli wznosi się ku niebu- Antoine de Saint-Exupéry Dębowy Jar


Na górę
Post: 12-08-2013 00:11 
Offline

Rejestracja: 10-07-2010 12:50
Posty: 280
Lokalizacja: Kraków
Piękna trasa - tyle że rzeczywiście najlepsza na rower :)

Pan z książką suszący grzyby na biwaku w Jasielu to element tam równie stały jak pomnik WOPistów :wink: Chyba tam po prostu w lecie mieszka, tyle że nie w namiocie, bo zazwyczaj okupuje szałasik obok wiat... Ilekroć przejeżdżam przez Jasiel, a zdarza mi się to stosunkowo często, nawet kilka razy w sezonie, tylekroć go tam spotykam. Najzabawniejsze jest jak suszy te swoje wianki grzybów wieszając je na tablicy informacyjnej rezerwatu, na której jak byk stoi, że zakazane jest zbieranie tam grzybów i innego runa :lol: Cóż, pewnie nie zbiera ich w rezerwacie :wink:

Co do saperów i niewybuchów, to chyba to ich standardowy sposób obchodzenia się z tym świństwem. Jak się kiedyś napatoczyłem w Iwli na pocisk moździerzowy 85mm i granat ręczny - bez zawleczki ! - to wezwani saperzy potraktowali je równie bezceremonialnie: popatrzyli i... do łapy i na samochód.


Na górę
Post: 12-08-2013 09:27 
Offline

Rejestracja: 14-01-2011 17:43
Posty: 282
Gratulacje Dlugi za pokonanie tak dlugiej trasy jednym skokiem.
Trasa piekna. Zdarzylo mi sie pokonac ja , chociaz w nieco innej konfiguracji i bez spacerow uczeszczanymi przez samochody drogami.
Chcialbym zwrocic uwage , ze przy tej trasie znajduja sie miejsca (przewaznie ruiny) po co najmniej 5 placowkach przedwojennej Strazy Granicznej RP i dwie ruiny placowek Zoll Grenschutzu obok ktorych przewaznie przechodzi sie obojetnie.
Do tego jeszcze czterech bylych juz placowkach WOP-u.

Prosty: Nie mogles znalezc w Iwli pocisku mozdzierzowego kalibru 85 mm - bo bylby to ewenement na duza skale. Pocisk artyleryjski 85 mm - i owszem mialy na wyposazeniu i ACz i Wehrmacht.
Ale mozdzierze to: ACz- 82 mm - wz.1937
Wehrmacht -81 mm typu SGrW-34
Rowniez i armia slowacka uzywala mozdzierzy kalibru 80 mm (minomet wz.1937) po bylej armii czechoslowackiej.
Co zas do granatow, masz na mysli chyba te skorupowe (F-1) , lub RG-42 - to przechowywane one byly bez zapalnikow.Dopiero uzbrajane przed uzyciem.
Takie bez zapalnika czesto sa spotykane w miejscach po bylych umocnieniach.Nie stanowia one zadnego zagrozenia. Natomiast te z zapalnikiem - ale bez lyzki - to granaty-niewybuchy.To swinstwo jest grozne.

Ale saperzy to z reguly fachowcy i od razu oceniaja zagrozenie.
Do tego oni dobrze wiedza ze po 60-70 latach lezenia w ziemi wszystkie elementy zapalnika sa dokladnie zniszczone korozja i nie jest mozliwe wywolanie eksplozji poprzez uderzenie iglica w material inicjujacy gdyz te elementy praktycznie zzarla rdza.

Co zas tyczy sie grzybow - to Jasiel jest bogaty pod tym wzgledem. W roku ubieglum w pazdzierniku jakies sluzby lesne wykaszaly pole namiotowe i jego okolice spalinowkami. Lezaly pokotem posiekane prawdziwki , maslaki i inne dobro. To kosic dymiacymi kosiarami wolno prawdziwki - a zbierac skoszone to juz nie? Rezerwat glupoty rzec by mozna.

_________________
"Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator, ale i on,
prawdę mówiąc, świnia." Gogol M.W.


Na górę
Post: 12-08-2013 23:36 
Offline

Rejestracja: 10-07-2010 12:50
Posty: 280
Lokalizacja: Kraków
Janrajchel: Oczywiście pomyliłem się; chodziło mi o ruski pocisk 82mm, mea culpa :oops: Granat zaś to był właśnie f-1, "krajanka", jak napisałem bez zawleczki - więc oczywiste że z zapalnikiem. Że groźne toto to wiem, z zasady takiego dziadostwa nie próbuję ruszać, bo choć 70 lat w ziemi robi swoje, to różne "cuda" się zdarzają.

Skoro przy kalibrach jesteśmy to jakie niemieckie pociski 85mm masz na myśli? Nie chodziło Ci przypadkiem o 88mm? O niemieckich 85-tkach nigdy nie słyszałem, chyba że chodzi Ci o te zdobyte na Rosjanach. Ekspertem nie śmiem się mienić, więc to bynajmniej nie ironiczne pytanie - wiedzy łaknę :)

Co do grzybów, to ich "panu na Jasielu' nie żałuję - rozbawiło mnie jedynie ich ostentacyjne suszenie na tablicy z zakazem.

Pozdrawiam.


Na górę
Post: 13-08-2013 09:32 
Offline

Rejestracja: 14-01-2011 17:43
Posty: 282
Prosty:Ja jakos nie dziele pociski na "ruskie" czy tez "niemieckie" , bo w przypadku II WS moze to byc bardzo mylace . Np. amunicje typu "parabellum" stosowaly bez mala wszystkie armie na swiecie, poniewaz byla wzorem dla tego typu amunicji.

Podobniez i z artyleria . Niemcy po kampanii wrzesniowej sprzedali duza ilosc zdobycznej polskiej artylerii Rumunom , Finom i innym satelitom - ale duza czesc np. armaty 105mm wz.29 ktore zachowali dla siebie i uzywali do konca wojny w 5 dywizjonach art .ciezkiej o symbolu 10,5cm.Fk 29(p).
Nota bene przeczytalem niedawno ze jedna z jednostek 1DP na zachodzie zdobyla na Niemcach na powrot tego typu sprzet, jeszcze z oryginalnymi tabliczkami znamionowymi.

To samo dotyczy przypadku amunicji artyleryjskiej o ktora Tobie chodzi.
W roku 1941 Wehrmacht zdobyl okolo 200 szt. sowieckich armat przeciwlotniczych kalibru 85mm (wz. 1939)i 76,2 mm(wz.1931 i 1938) i bardzo duza ilosc amunicji do nich.

Artyleria ta byla wykorzystywana do konca wojny.Z danych wynika ze Luftwaffe w 1944 roku wykorzystywala do obrony przeciwlotniczej 122 dziala produkcji sowieckiej.Byly to tzw. 7,62/8,8 cm Flak M-38 i 8,5/8,8 cm Flak M-39.
Dziala te strzelaly oryginalna amunicja az do jej wyczerpania , po czym przekalibrowywano lufy sukcesywnie na rozmiar 8,8 cm.Podobno niektore baterie strzelaly amunicja oryginalna do konca wojny - tyle jej bylo.
Operacja zmiany kalibru w zargonie niemieckim nazywala sie "acht koma acht" i stosowana byla na roznych typach uzbrojenia.

Tak wiec hipotetycznie w 1944 roku pocisk artyleryjski kal 85 mm i owszem mogla miec na wyposazeniu i ACz i Wehrmacht.

Pozdrawiam

_________________
"Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator, ale i on,
prawdę mówiąc, świnia." Gogol M.W.


Na górę
Post: 13-08-2013 16:54 
Offline

Rejestracja: 10-07-2010 12:50
Posty: 280
Lokalizacja: Kraków
janrajchel pisze:
W roku 1941 Wehrmacht zdobyl okolo 200 szt. sowieckich armat przeciwlotniczych kalibru 85mm (wz. 1939)i 76,2 mm(wz.1931 i 1938) i bardzo duza ilosc amunicji do nich.


Czyli tak jak myślałem chodziło Ci o te zdobyczne :wink:

Ja akurat dzielę pociski na "ruskie" i "niemieckie," mając tu na myśli ich konstruktora/producenta. Zdobyczny radziecki pocisk 85mm, choćby wystrzelony przez Niemca pozostaje radziecki.
Amunicję strzelecką zazwyczaj da sie zidentyfikować po biciach na kryzie więc jak znajdę łuskę od naboju karabinowego typu Mauser to mogę określic czy jest niemiecki, czy też dajmy na to polski. Przywołany przez Ciebie nabój 9x19 Parabellum, jeśli wyprodukowany przez Niemców a potem zdobyty przez Anglików i użyty w ich STENach pozostanie niemiecki. Gdybym tak, teoretycznie, znalazł dajmy na to pod Monte Cassino magazynek do MP-40, to powiedziałbym że jest niemiecki i do MP-40, choć przecież mógłbym dywagować czy nie jest "angielski" po przecież do wspomnianego STENa pasował i mógł go użyć jakiś Anglik.

Pozdrawiam, i za OT przepraszam, bo od pięknej trasy Dlugiego ciut odeszliśmy :)


Na górę
Post: 03-09-2013 15:00 
Offline

Rejestracja: 25-04-2009 07:26
Posty: 1215
janrajchel pisze:
Chcialbym zwrocic uwage , ze przy tej trasie znajduja sie miejsca (przewaznie ruiny) po co najmniej 5 placowkach przedwojennej Strazy Granicznej RP i dwie ruiny placowek Zoll Grenschutzu obok ktorych przewaznie przechodzi sie obojetnie.
Do tego jeszcze czterech bylych juz placowkach WOP-u.

Czytając dorwane gdzieś Magury '88 natknąłem się na artykuł dotyczący Jasiela i tak mi sie przypomniał Twój wpis. Wyjasnij, proszę, miejscówki tych placówek. Przypuszczam, że wiele z nich były użytkowane tak przez SG jak i Grenschutz a później WOP.
Moje przypuszczenia/wiedza jest taka:
Czeremcha - wszystkie 3 formacje
Jasiel rejony pomnika - 3 formacje
Jasiel w połowie drogi od pomnika do cerkwiska - WOP.
Coś było chyba w Lipowcu i Woli wyżnej, ale nie pamiętam :-(
A wiesz może coś o tych 2 domach murowanych z kamienia, co w nich było? Jeden jest w Woli Niżnej niedaleko cerkwi po lewej stronie drogi jadąc do Tylawy a drugi to już chyba Posada Jasliska (po prawej) - jest tam teraz sklep. Mają datę 1933/34 bodajże.


Na górę
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat  Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa UTC+01:00


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited
Polski pakiet językowy dostarcza Zespół Olympus.pl